Gdy wraca nocą… chwyta za gardło i wyciska oddech…

Jest 1.28 w nocy… Czasami wraca… Nie zmienię już nic, nie cofnę czasu… można bez cienia wątpliwości stwierdzić, że przeszłość nie definiuje teraźniejszości. Znika… nie ma jej. Nie ma już kursora o literkę wcześniej… lecz tutaj mogę go cofnąć i mogę wszystko wymazać. W głowie już tak łatwo tego nie zrobię. Ellis mówi, że to nie przeszłość sprawia, iż czujemy się źle, a sposób w jaki o tej przeszłości myślimy. Tak… zdecydowanie tak… Dzisiaj jednak przeszłość nie daje mi spać. Patrzę na twarze z facebooka i myślę…. tą twarz okłamałem, tamtą zraniłem, tą wykorzystałem… tej pomogłem, tą nadal kocham, tamtej nigdy właściwie nie kochałem, a jeszcze innej to nawet nie lubiłem… Kilka twarzy zniknęło na zawsze… Poumierali. Samobójstwa, śmierć z przepicia, jakiś nowotwór… Majaczy mi się, sala operacyjna w obskurnym szpitalu i światełko, które zanurza się w mojej czaszce. Trochę boli… ale tak trzeba. Podświetla mi oko od tyłu.. Zabawne uczucie i chce mi się śmiać, na myśl, że może teraz moje oko świeci… muszę się uspokoić, bo gdy parsknę śmiechem, to mi jeszcze w mózg tą sondę wsadzi… Naćpali mnie głupim Jasiem i wszystko się zlewa… Nowotwór… ile jeszcze razy. Czy będzie mi dane powąchać jeszcze wiosnę ? Czy mój nos będzie już pełnił rolę wyłącznie rurki obudowanej skórą ? Coś głośno, metalicznie uderzyło… Dźwięk kluczy, oddziałowego, i sygnał krótkofalówki, szczęk w drzwiach – Śpiewak zbieraj się – widzenie masz… za szybą… kurwa… szmata nie pozwoliła nam się nawet zobaczyć normalnie… jej łzy, moje łzy i ta godzina cierpienia ze słuchawką przy uchu. Ból którego się nie zapomina… i kałuża krwi, gdy chłopina nie wytrzymał pod celą… i znów poprawiam wyraz twarzy. Nie mogą zobaczyć słabości… płakać mogę nocą, tuląc zdjęcie córeczki… Boli… boli wszystko… papieros wbijany w skórę nie robi wielkiego wrażenia. Wypalam sobie co tydzień jedną dziurę… żeby wiedzieć jak wygląda prawdziwy ból, taki normalny… a gdy wieczorem dostaję swoją działkę prochów, odcina mi prąd… znów go widzę…. Leży w krwi, na stole do autopsji. Ma zdjętą skórę z głowy… Nie przypomina mojego kolegi… Nie śmieje się, nie żartuje, nie opowiada o Tatrach… Coś do niego krzyczałem, że wyłazimy przez okno… ciężko było… ja się pchałem na zewnątrz a woda wlewała się do środka. Samochód tonął w lodowatej wodzie…. Prawie się udusiłem… To nie po chrześcijańsku – słyszę od policjanta… Nie rozumiem o co mu chodzi, ale nie potrafię tego zapomnieć…

Przewija mi się magazyn… smród brudnych ręczników, ścierek, prześcieradeł… jaki mamy stan ? 460 osadzonych… Transport dzisiaj jedzie… będzie pięciu nowych, dwóch wychodzi, jeden na przepustkę… Wlokę się po korytarzu… Na telefonie znów ktoś wisi… Trzeba szluga kopsnąć żołnierzowi, to postoi w kolejce i zawoła. W wigilię dali śledzia. Panowała cisza. Ktoś się silił na życzenia i mało nie dostał po ryju. W ciszy szkliły się oczy. Tam za murami, nasze rodziny dzielą się opłatkiem. My dzielimy celę.

Czasami wraca. Te wszystkie listy i obietnice. Poprawię się. Stanę na nogi. Nie będę pił, będę uczciwie pracował….. Było gorąco i śpiewały ptaki. Wewnątrz murów nigdy ich nie słyszałem. Jakby to miejsce było przeklęte. Życie zaczynało się zaraz za bramą i kończyło się jednocześnie.

W sklepie wszyscy patrzyli na mnie. Jakby chcieli mi powiedzieć – ty morderco. Nie mogłem zaczerpnąć powietrza. Wyszedłem po kilku minutach. Po roku czasu zobaczyłem wannę. Maleńką, żeliwną, bardzo starą… cóż to był za luksus. Tam miałem 5 minut prysznica… raz w tygodniu… Tutaj mogłem lać na siebie wodę cały dzień… i chętnie bym to robił, żeby się oczyścić, ale nie… To tak nie działa…

Świat był dla mnie nie do zniesienia. Trafiłem tam jako alkoholik a wyszedłem jako ćpun i alkoholik. Teraz po nocach czasami wraca ten strach. Nie potrafiłem spojrzeć w oczy prawie nikomu. Nauczyłem się już łgać, oszukiwać, wykorzystywać… Tego uczą polskie więzienia. Wrzucają Cię do tej dziczy i codziennie liczą, czy im się stan małp w cyrku zgadza. A Ty małpko walcz o swojego banana…

Może dwa, może trzy dni minęły… zanim znów się upiłem… Nie smakowało mi. Było cierpkie, jakby kwaśno-gorzkie, ale nie to było ważne. Zapomnieć… Pić, aż wyłączy się świadomość… pić na umór… Coś obiecywałem – ale to już nie ważne… Obiecywałem każdemu to, co chciał usłyszeć. W tym byłem mistrzem.

Uff… 2.20 w nocy…. czas porzucić te mary. Wiem, że nie raz wrócą i nie raz podadzą mi sznur z pętlą… ale ja mam coś tutaj do zrobienia. Jeśli jakieś winy mam odkupić, to żywy i trzeźwy.

Dobranoc.

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial