Z czego składa się życie…

3 biliony komórek własnych i 3,9 biliona bakterii “obcych”. Więcej tego niż wszystkie widzialne gwiazdy. Każda komórka to wiele atomów, a każdy atom to zbieranina jeszcze mniejszych drobin…

Wdech… wydech… wdech… wydech… Czy jesteś tego świadom, świadoma, że gdy przestaniesz na kilka minut – umrzesz ? Oddychamy nieświadomie, półświadomie i świadomie. Możemy kontrolować, możemy tylko czuć oddech i możemy o nim zapomnieć a ciało i tak będzie to za nas robić. Ta czynność utrzymuje przy życiu każdą naszą komórkę. Drobiazg – nie zwracamy nań uwagi, bo po co, skoro to dzieje się samo.

Dzień dobry – witam rano Jagodę, Ewę i kilkoro przyjaciół na FB… Mogę przecież wstać, ubrać się i wyjść do pracy. Być może nikt nie zwróciłby nawet uwagi na moje milczenie. Ot jak co dzień wstał, zjadł i poszedł coś robić, jednak i bez tego drobiazgu coś by w nas zaczęło umierać. Dwa proste słowa, które umilają poranek i pozwalają poczuć się częścią rodziny, która nie pozostaje mi obojętna.

Gdy już wstanę i odwiedzę łazienkę, przekonam się, że na swoim miejscu jest papier toaletowy, mydło, ręczniki… Takie to oczywiste. Same tak jednak nie przyszły, nie kupiły się i nie znalazły się pod ręką. O te drobiazgi zadbała moja żona i choć ona w to nie wierzy, to za każdym razem gdy po nie sięgam, w duchu jej dziękuję.

Schodzę po schodach przesuwając ręką po poręczach, które kilka lat temu zamontowałem i otwieram szafę z ubraniami. Są wyprasowane koszulki, spodnie , i poskładane skarpetki. Znów pada ciche “jesteś wielka”, choć to tylko drobnostki…

Otwieram wreszcie lodówkę. Czasami ciężko jest z kasą ale nigdy nie ma tam tylko światła. Kawałek serka, jakaś wędlina, masło, warzywo. Zawsze coś tam znajdę na śniadanie. Czasami kupujemy to razem, czasami ja sam a czasami ona. Małe zawiniątka, za które jestem wdzięczny. Bez tego nie pożyłbym długo a to przecież takie banalne i “przyziemne”.

Czasami to Ewa robi mi śniadanie. Kilka kanapek, fajnie skomponowanych z tego co akurat jest pod ręką. Nie narzekam, nie wybrzydzam jak dawniej. Nic wielkiego… kilka kromek, ale jak ważne, gdy czeka mnie ciężki dzień pracy.

Wchodzę do biura, włączam komputer, wpisuję hasło – odruchowo, bez zastanowienia. Błahe czynności, które uruchamiają wielkie możliwości. Przeglądam maile, tworzę plan dnia i… do czegoś zmierzam. Mam cel. Zarobić na utrzymanie rodziny i domu. Są też ambitne cele – chcę znów żeglować na jakiejś fajnej łajbie. To już nie są maleńkie sprawy. Wydają się wręcz wielkie, jak na moje możliwości finansowe. Jednak by do nich dojść muszę wykonać wiele maleńkich ruchów, tysiące a może i setki tysięcy drobniutkich gestów, przemyśleń i kroków. Tutaj wchodzi myślenie alkoholika… Nie chce mi się ! Ja już chcę to mieć ! Ja już chcę siedzieć u sterów !

Zaczynam więc biec. Coraz szybciej i szybciej ! Potrącam żonę z talerzem kanapek, zawracam na pięcie, chwytam talerz i marudząc pod nosem, że chleb nie taki a szynka mdła, jem w milczeniu i napięciu. Znika spokój. Cały umysł jest skupiony na pokonywaniu kolejnych wielkich przeszkód w drodze do celu. O oddechu już nie pamiętam wcale – samo leci. Dzień dobry – już mi nie potrzebne – przecież się do cholery nie rozstajemy wieczorami, żeby się rano witać ! Skarpetki i koszulki mają tam być na miejscu – co ona ma do roboty w tym domu jak nie prać i prasować ?! Dzieci – tylko przeszkadzają w mojej gonitwie – niech ona się nimi zajmie !

Na oczach mam już klapki. Przysłaniają mi wszystko, co wcześniej uważałem za cenne. Zieleń za oknem mnie nie obchodzi. Błękit nieba – jest bo jest. Jedzenie jest bo ma być. Koń przeca żreć coś musi… Galopuję i przewracam się raz za razem. Bezsenne noce i poranki, gdy nie potrafię się zwlec z łóżka. Kawa, pepsi, papieros… leki i do przodu. Czuję coraz większe napięcie, bo cel stał się najważniejszy. Stał się ważniejszy niż droga do niego. Biegnę po trupach… znajomości, przyjaźni, rodziny i po swoim własnym trupie. Jeb !

Zawroty głowy, odrealnienie, szczękościsk, przemęczenie i ciągłe zdenerwowanie. Nie potrafię dłużej biec. Leżę a moje mięśnie napinają się same, jakby ciągle szykowały się do skoku, do ataku, czy też obrony. Próbuję się odprężyć i mówię sobie – to głód alkoholowy tak mną miota… zasypiam w środku dnia… na kilka godzin, po których jest nieco lepiej, więc podnoszę się i patataj, patataj… zaczynam swój galop od nowa. Jeszcze tylko kilka dni ! Złożyć i skończyć kolejny projekt. Sprzedać coś, kupić, dogadać ofertę. Wszystko w pośpiechu. Nie robię notatek, w końcu mam już dobrą pamięć. STOP !

Czy cel jest ważniejszy niż droga do jego osiągnięcia ? Nie. Majątek można zarobić i spać spokojnie, ciesząc się swoimi dokonaniami. Można też go ukraść i żyć w ciągłym lęku przed konsekwencjami. Można też dorobić się kosztem życia rodzinnego, towarzyskiego i w końcu swojego własnego. Dzieje się tak, gdy pożądany efekt przesłania nam resztę świata. Identycznie sprawa się ma z piciem. Efekt jakiego się spodziewamy po wypiciu alkoholu, wydaje się zasłaniać wszystko. Nagle potrafimy kłamać, łamać własne postanowienia, wynosić rzeczy z domu, zapożyczać się. Cel uświęca środki – czyż nie ?

Dwa tygodnie temu tak mną tąpnęło, że niemal się załamałem. Wstawałem przemęczony i zdenerwowany. Jakbym budził się na polu bitwy pod ostrzałem. Znów musiałem zaciągnąć hamulce. Któregoś ranka spuściłem głowę i musiałem przyznać, że przeskoczyłem w pracoholizm. Już na całego. Tylko po co i dlaczego ? Chyba dlatego, że mogłem. A po co ? By sobie zrekompensować brak alkoholu. Po latach znów mogę robić tak wiele rzeczy. Mam sprawne ręce i wiele pomysłów a na dodatek dzisiaj tak wiele rzeczy jest na wyciągnięcie ręki… Zachwyciłem się własnymi możliwościami i przeceniłem siły. Zacząłem pogoń za satysfakcją ze zrobionych rzeczy. No właśnie… Celem stała się satysfakcja a nie fakt zrobienia czegoś. Uruchamiam jakiś stary sprzęt i mimo dużych braków wiedzy po raz kolejny mi się udaje, więc rozpiera mnie duma. Problem w tym, że to trwa bardzo krótko. Skoro już działa, to szybko biorę się za kolejny. Nie potrafię usiąść wygodnie i posłuchać…

Nie pisałem tutaj długo, bo nie potrafiłem wykrzesać z siebie nic… a właściwie pisałem… po kilka zdań dziennie… Jeśli mam być szczery, to jestem zawiedziony swoją postawą. Zapomniałem o tych wszystkich drobnych rzeczach. O ich pięknie i o tym, że bez nich nie byłoby świata w którym żyjemy. Zawsze gdzieś biegnę… Po dziesięć srok za ogony łapię… i na tym tracę.

Zrobiłem więc zwrot. Zacząłem się pozbywać wszystkiego co mi zawadza, irytuje, zalega. Zacząłem dokańczać projekty, które mi leżały i załatwiać różne przeterminowane sprawy. Oddałem koledze naprawionego CD, skończyłem zaległą robotę geodezyjną, zamknąłem działalność gospodarczą, która była zawieszona, zlikwidowałem nieużywane (zajęte przez komornika) konto, zrobiłem instalację na strychu i położyłem tam podłogę. Zlikwidowałem akwarium, bo zaniedbywałem je i szkoda mi było rybek, by się męczyły. Wykreślam jedna po drugiej rzeczy z mojej listy, takie, które mi zaległy i na półkach i w głowie. Leży mi na półce pistolet-wiatrówka, który wziąłem do naprawy jakiś czas temu. Brakuje tam drobiazgu… Drobiazgu dosłownie i nie mogę się za to zabrać… Taka pierdoła spędza mi sen z powiek… To kompletnie bez sensu !

Mam kryzys. Na domiar złego wczoraj, gdy byłem już mocno zmęczonym znalazłem dwie “ćwiartki” z dawnych czasów. Jedna była pusta, ale druga miała jeszcze dobry łyk na dnie… Poskręcało mnie… Patrzyłem na tą butelkę… jak w hipnozie… W końcu zawołałem Ewę, żeby to zabrała. O taki kolejny drobiazg…

Dobra kończę na teraz… jest prawie 9 rano a mi się cholernie chce spać po ciężkiej nocy.

 

Pozdrawiam

Michał

 

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial