Mój piciorys. Część czwarta.

W Polsce dostałem leki. Na uspokojenie, na sen i przeciwdepresyjne. Dostałem też zalecenie, by nie pić. Pewnie zastanawiacie się dlaczego nadal nie uważałem się za alkoholika w sensie medycznym, skoro moje życie tak kręciło się wokół alkoholu. Otóż odstawiłem alkohol bez żadnego stresu i żalu. Od tak… i było mi z tym dobrze. Przestałem pić i palić. Zacząłem dbać o kondycję. Pamiętam jak dziś powrót do biegania. Kilkaset metrów i zadyszka… kolejne kilkaset i ból w piersiach trudny do wytrzymania. Bieg, przystanek, odpoczynek i znów bieg. Zrozumiałem jak bardzo się zapuściłem, ale wszystko wracało. Z setek metrów robiły się kilometry. Przytargałem ciężkie hantle z Argosa i zacząłem ćwiczyć poszczególne partie mięśni. O dziwo zniknął mój wstyd. Stawałem się coraz bardziej wyluzowany. Do tego stopnia, że któregoś dnia poprosiłem koleżankę z pracy (pozdrawiam Justynko :)) by mi utleniła włosy. W Polsce zawsze chciałem tego spróbować, ale hmm Podkarpacie, małe miasteczko… co powiedzą ludzie… a tam w Londynie, starszy facet w pidżamie i kapciach szedł do sklepu po mleko rano i nikt nie zwracał na to uwagi. Czy może być lepsze miejsce ? Wyszło jak to powiedziała szwagierka – kanarkowo zamiast biało i śmiechu było przy tym sporo, ale mnie to bawiło. Biegałem już długie dystanse po kilka – kilkanaście kilometrów i czułem się wyśmienicie. Było mnie stać na obuwie sportowe, koszulki i inne. Nie wstydziłem się, nie obawiałem się krytyki a od czasu zmiany koloru włosów, zostałem dostrzeżony w firmie i było to dość zabawne przyjęcie. W końcu pojechałem tak i do Polski. Miałem już odrosty i wzbudziłem sensację w zaściankowej części rodziny ale miałem to gdzieś…

Sielanka trwała jakieś 10 miesięcy, po których usłyszałem od psychiatry, że wystarczy leczenia. Zszedłem z leków i… znów mogłem pić. Jako że nie widziałem w alkoholu żadnego zagrożenia, szybko zacząłem na powrót nosić piwo w siatkach z codziennymi zakupami. Mieszkałem już sam w Hatfield o kilkaset metrów od firmy, w której pracowałem. Brałem nadgodziny i pracowałem jak szalony, by w końcu wrócić z czymś do Polski. Jedno muszę tutaj dodać… Po każdej wizycie w Polsce wracałem rozczarowany. Ewa oddalała się ode mnie. Był taki czas, że właściwie czułem się opuszczony. Zacząłem nawet zastanawiać się, czy moje małżeństwo ma jakikolwiek sens. Uczucia we mnie kłębiły się niesamowicie. Z jednej strony tęskniłem za domem, Ewą i Julą a z drugiej miałem wrażenie, że nie liczę się tam wcale. Wracałem do UK zawsze zniesmaczony i z coraz większymi wątpliwościami, co do mojego statusu w rodzinie. Była połowa roku 2006…

Pracowałem w nocy i miałem coraz większe problemy ze snem. Do tego doszły dziwne mdłości i zawroty głowy. To było trudne do zniesienia. Alkohol wydawał się nieść ukojenie… Sam nie wiem do dzisiaj co to było. Być może to były właśnie początki nowotworu zatok. Było jak na huśtawce. Raz lepiej a raz gorzej. Z moimi życiowymi celami i  uczuciami gubiłem się coraz bardziej. Kilka miesięcy wcześniej zrezygnowałem z własnych życiowych planów, by ratować ojca, który pił coraz więcej i było z nim coraz gorzej. Postanowiłem kupić sprzęt geodezyjny i stworzyć firmę, gdzie będę mógł mieć go na oku. Tymczasem w UK szalałem… Tęsknota, samotność i alkohol… z tego nic dobrego być nie mogło.

W końcu postanowiłem skończyć z Wielką Brytanią. O pół roku wcześniej niż planowałem. Byłem pogubiony a to co miało mnie spotkać w Polsce… później wielokrotnie żałowałem, że nie ściągnąłem rodziny tam.

Biuro w centrum miasta, nowy sprzęt komputerowy, szafy biurka, szuflady. Zapowiadało się ciekawie. Były zlecenia, było dużo nauki, jazdy i … ból głowy. Zatoki… Lekarze mówili, że mam chore zatoki. Antybiotyk, ulga i od nowa… Cała ekipa nowo powstałej firmy lubiła wypić. Pasowało mi to. Szybko się uczyłem, sporo piłem i zanim zacząłem studia pół roku później miałem już nie małą wiedzę praktyczną i właściwie nie rozstawałem się z piwem. Studia i praca we „własnej firmie” okazały się koszmarem. Wychodziło raz po raz, że mój tato nie radzi sobie z prowadzeniem biznesu a ja właściwie tylko do tego dokładałem. Ewa chodziła wściekła a oszczędności z UK kurczyły się z tygodnia na tydzień. Mało się widywaliśmy. Na przemian praca i szkoła. Pamiętam takie pół roku, że razem wypadł nam jeden weekend wolny. Pojawiała się frustracja o niespotykanej sile. Nie tak sobie wyobrażałem prowadzenie firmy w kraju. Kłóciłem się z ojcem, piłem wieczorami i szalałem… Na początku 2008 roku postanowiłem znów udać się do psychiatry. Bóle głowy mnie nie opuszczały. Nos miałem ciągle zatkany, przez co zapadałem na zapalenia oskrzeli i płuc. Czasami chodziłem tak słaby, że nie musiałem pić, by czuć się narąbanym. Znów dostałem leki ale tym razem już nie potrafiłem od tak odstawić picia. Coś się we mnie złamało. Nałóg zrobił postęp. Po tęgim piciu zaczęło mi brakować alkoholu już rano. Bywało tak, że wyjeżdżając w teren przekazywałem kierownicę pracownikowi i kupowałem kilka piw. Mieszałem je z lekami nie mając pojęcia, że właśnie odwracam ich działanie. Bezsenność przybrała nowy wymiar. Była okraszona lękiem… zatkany nos i niedrożne zatoki powodowały, że budziłem się nocami mokry od potu i na granicy omdlenia z niedotlenienia. Psychiatra zwiększała mi dawki leków do tego stopnia, że z aptek wychodziłem obładowany jak z hipermarketu przed świętami. Pojawiły się benzodiazepiny. Sam nie rozumiem dlaczego lekarz psychiatra przypisywała mi leki, które można brać maksymalnie przez miesiąc, już przy pierwszej wizycie na dwa miesiące, a potem znowu i znowu. Tego rodzaju leki silnie uzależniają. Co więcej wzrasta na nie tolerancja, więc do osiągnięcia efektu potrzebowałem coraz większych dawek i bez problemu je dostawałem. Piłem przy tym coraz więcej. To było już typowo nałogowe picie i nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Piłem na studiach, na stancji, w knajpach i gdzie tylko dałem radę. Pod pretekstem wyjazdu na ryby w Bieszczady brałem zapas piwa i nawet nie rozkładałem wędek. Wolałem usiąść na tarasie domku, pić alkohol i dzwonić do znajomych… Miałem też takie leki, których starałem się nie mieszać nigdy z alkoholem, bo zasypiałem po nich tak jak stałem i gdzie stałem. Z benzodiazepinami jednak jazda była całkiem ciekawa. To specyficzny rodzaj odurzenia, którego nie jestem nawet teraz w stanie do czegokolwiek innego porównać. Sen po takiej mieszance był mocny i o dziwo dawał swego rodzaju ukojenie. Przynajmniej na początku. Do stałego asortymentu dołączyły też wszelkie psikacze do nosa, udrażniające go. Nie ruszałem się bez nich nigdzie. Tak… rok 2008 był przełomowym krokiem w kierunku alkoholowej betoniary. W Boguchwale, gdzie miałem stancję poznałem wszystkie knajpy i sklepiki, które były czynne do późna. Ilość piwa obliczałem tak, by dostosować ją do ilości wolnego czasu, w którym nie będę musiał kierować. Coraz częściej dochodziło jednak do tego, że jechałem do domu z piwem za siedzeniem i tylko czekałem aż wyłączę silnik pod blokiem. Wypijałem dwa mocne piwa nie wychodząc z pojazdu. Kilka kolejnych miałem „na wieczór”. Potem już tylko zielona tabletka i sen… Ewa i Jula gdzieś w tym wszystkim zginęły. Straciłem je z pola widzenia.  Tak zaczęło się swobodne spadanie. Już bez żadnej kontroli. Już tylko jazda na dno…

Ciąg dalszy nastąpi… jak mawiali na terapii

 

Pozdrawiam

Michał

 

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial