Mój piciorys. Część trzecia.

Nowe towarzystwo bardzo mi się spodobało. Dużo imprez, sporo alkoholu i masa śmiechu. Co ciekawe nie bardzo pamiętam teraz, co robiłem w dzień, za to noce były szalone. Wygląda na to, że żyłem od imprezy do imprezy. Czy nie tego chciałem ?

Były to czasy, w których jeszcze nie potrafiłem wypić klina. Kace męczyły mnie już okropnie, ale na myśl o wypiciu rano robiło mi się niedobrze. Nadużywałem, bez wątpienia, lecz fizycznie nadal nie byłem alkoholikiem, ale to była kwestia czasu. W Sanoku nastała era taniej wódki i paliwa z Ukrainy. Pijackie kierunki miałem trzy. Słowacja, Ukraina i Bieszczady. Tam coś kupić, tutaj przehandlować a przy okazji opić się do bólu.

Znaliśmy się z Ewą ledwie kilka miesięcy, gdy podjęliśmy decyzję o ślubie. Dzień przed ceremonią  nasi znajomi wyprawili nam wieczór panieńsko-kawalerski… Efekt ? Do ślubu szliśmy na potężnym kacu. Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że szampan w Urzędzie Stanu Cywilnego, był pierwszym „klinem” jaki kojarzę. Był koniec 2001 roku. W 2002 roku przeprowadziliśmy się do mieszkania w bloku. Jeszcze teraz przechodzi mi dziwny dreszcz, gdy myślę o tym miejscu. Wielu lokatorów piło. Na korytarzach, pod blokiem, na ławkach. Po kilku latach zaczepiłem się do tych, którzy pili najmocniej i urządzali przy tym niezłe balety. Żyłem już z prac dorywczych. W szkole nie mogłem pracować, bo przerwałem studia a znaleźć stałą pracę w małym mieście na Podkarpaciu nie było łatwo. Gdy teraz na to patrzę to nie mogłem jednak narzekać. W kieszeniach zawsze coś było. Nie wiele, ale jednak.

W roku 2003 Ewa zaszła w ciążę. Byłem wystraszony tym faktem, ale szczęśliwy. Rzuciłem palenie i mocno ograniczyłem picie. Jeszcze pamiętałem swoje młodzieńcze priorytety i jeszcze usiłowałem się ich trzymać. Chciałem być przykładnym mężem i ojcem. Mówiłem sobie, że swoje już wypiłem, przebalowałem, wyszalałem…  Udało mi się nawet znaleźć obiecującą pracę w biurze Huty Szkła. W lutym 2004 roku urodziła się Julka. Dzień jej porodu był najpiękniejszym dniem, jaki do tamtej pory znałem. Ewa nie wiedziała do ostatniej chwili, czy będę przy porodzie. Nie chodziłem na żadne szkoły rodzenia, nie obiecywałem, że będę przy niej… Kiedy jednak się zaczęło, nie miałem wątpliwości, że muszę tam być. Pamiętam, jak w bramie szpitala spotkałem znajomego pielęgniarza. Gdy się dowiedział, że idę na poród, spojrzał na mnie, zmierzył wzrokiem i spytał: A flaszka gdzie ? Tam się nie idzie na trzeźwo ! Byłem trzeźwy, spokojny i szczęśliwy. Przeciąłem pępowinę, i cieszyłem się patrząc na małą, ruszającą się powoli w inkubatorze, ogrzewającym jej małe ciałko…  Wieczorem w ruch poszły butelki. Dużo butelek… Za dużo butelek… Dość, by na drugi dzień obudzić się z potwornym kacem a właściwie jeszcze pijanym. Był 12 luty 2004 roku, gdy od rana byłem pijany, po „pępkowym”. Nie szukałem jednak klina. Jeszcze nie… Krótko po narodzinach Julii pokłóciłem się z właścicielem huty. Zwolniłem się, mając dość traktowania jak… nie chcę kląć… Od tego momentu zaczęła się faza zjazdowa… Ewa przeżyła depresję poporodową… Nie wiedziałem nigdy, kogo tak właściwie zastanę w domu. Oddalaliśmy się od siebie. Ona miała dziecko a ja miałem… alkohol ? Mimo starań nie potrafiłem stać się ojcem. Nie takim jak chciałem. Niby byłem, ale tak na serio nie było mnie. Czułem się porzucony a tego bałem się najbardziej. Piwo zaczęło mi towarzyszyć niemal każdego wieczoru a finansowo byłem coraz bliżej dna. Z prac dorywczych nie dało się dłużej żyć, więc zostałem zmuszony ( dosłownie ) do wyjazdu. Doszło do tego w atmosferze skandalu, po dwudniowym piciu nad Soliną, zakończonym niekontrolowaną kąpielą w porcie jachtowym.  Wpadłem do wody cumując żaglówkę… W ubraniu, z dokumentami… w październiku… Ewa miała mnie dość… Sam nie wiem kiedy, stałem się agresywny, zaborczy i wredny… To były początki uzależnienia…

Do Londynu jechałem autobusem. Miałem przy sobie z dwieście złotych i czterdzieści funtów… Odwaga czy głupota ? Sam nie wiem do dzisiaj… Polacy w drodze pili… Jestem Polakiem…. Jeszcze przed granicą z Niemcami kupiłem zapas piwa. Efekt ? Do UK wjeżdżałem na kacu. Wystraszony, przybity całym swoim dotychczasowym życiem, bez pomysłu na siebie, z wyrzutami sumienia i pragnieniem ucieczki… Gdziekolwiek, a najlepiej pod ziemię. Tak, właśnie wtedy pojawiły się pierwsze, tak silne myśli samobójcze. Nie ostatnie… Jak mogłem dopuścić do tego, że zostawiam w Polsce żonę z małym dzieckiem ? Kilka razy w autobusie pociekły mi łzy. Ukradkiem, żeby nikt nie widział… Bezsilność, frustracja, przerażenie… W Londynie czekała na mnie szwagierka. Miała mi pomóc… (i pomogła, bez dwóch zdań.) Ja jednak byłem przerażony. Domator, najchętniej obracający się po własnym ogrodzie, znalazł się bez rodziny w jednym z największych miast świata. Bez kasy, bez pracy, bez telefonu… Bodaj drugiego dnia kupiłem londyńskie tanie wino – przez pomyłkę… bo było w puszkach. Magda (szwagierka) była wściekła, gdy to zobaczyła… Ona na mnie a ja na nią. W głowie miałem przecież tak dobre wymówki… Jedne z pierwszych, jakie pamiętam. Mówiłem sobie, że tęsknię i „mam prawo się napić”… To jedne z pierwszych wymówek jakie pamiętam…

W Londynie czułem się jak zagubione dziecko. Mój wewnętrzny GPS kulał w tym mieście. Krążyłem, zataczając coraz większe kręgi wokół domu. Pytałem o pracę. Wstydziłem się jak cholera ! Od warsztatu do warsztatu, gdzie tylko widziałem kartkę „help wanted” i tym podobne. Niby znałem język a wiązł mi w ustach. Ledwie w sklepie potrafiłem wydukać kilka słów, prosząc o podanie czegoś. Wracałem zmęczony i coraz bardziej przerażony swoją sytuacją. Nie mogłem przecież chodzić za pracą pijany a czułem, że gdybym się napił, to mógłbym nareszcie porozmawiać z tymi pieprzonymi Angolami ! Traciłem nadzieję i te resztki funtów każdego dnia. Wyjadałem konserwy z Polski i zupki chińskie… Do sklepu chodziłem właściwie tylko po pieczywo. Na nic innego nie było mnie stać. Do Polski nie dzwoniłem wcale. Na domiar złego mieliśmy się przeprowadzić. W tamtym miejscu spałem na podłodze… To nie mogło dłużej trwać… o jak się kurwa myliłem… Tak wygląda seria pomyłek. Ładny pokój dla dwóch osób i znaleziony na ostatnią chwilę… z jednym dużym łóżkiem. Magda oczywiście wywaliła mnie na podłogę, ale pożyczyła mi pieniądze na materac dmuchany ! Lepsze to niż karimata… Mi samemu nie udało się nic znaleźć. Londyn szybciutko zweryfikował moje możliwości. Nie fizyczne, ale psychiczne…. Samemu udało mi się wkońcu znaleźć pracę… w dziupli samochodowej, na kilka dni… Po tym jak zobaczyłem tam murzyna wymachującego dużym pistoletem półautomatycznym, uciekłem stamtąd…  Dzięki znajomościom Magdy zaczepiłem się w końcu przy pracach budowlanych – u Rumuna.  Facet płacił tak mało, że ledwo wystarczało to na czynsz, dojazdy i coś do jedzenia. No i na piwo… Skoll – chyba tak nazywał się ten syf. Miał ponad 10% alkoholu i po trzech takich padałem z nóg. Praca u Rumuna zajmowała mi całe dnie. Czasami nawet 14 godzin. Za 40 funtów dniówki. Frustrację zalewałem Skollem. Zdarzało mi się sapać z wściekłości i wyć cicho z niemocy. Zrozumiałem jaką sierotką życiową byłem. Rosła we mnie agresja i potrzeba ucieczki. Alkohol wydawał się idealnym rozwiązaniem. Szczęście uśmiechnęło się do mnie po kilku tygodniach tej „Rumunii”. Koleś z którym mieszkaliśmy pod jednym dachem, powiedział mi, że firma w której pracuje, właśnie prowadzi nabór. Dzwoniłem, gadałem… i się załapałem… Nic to nie zmieniło jak chodzi o alkohol i napięcie. Polepszyło się natomiast z kasą…  Szybko odkryłem też, że kupowanie piwa na sztuki się nie opłaca. O połowę taniej było przynieść cały karton – ponad dwadzieścia sztuk. Pracowałem w nocy a Magda w dzień, więc zmienialiśmy się w łóżku a pod łóżkiem leżało piwo. Pracowałem 4 noce w tygodniu, więc czasami miałem po kilka dni wolnego… Z nudów piłem… Nie dużo ale jednak. Wchodziłem na szczyt Aleksandra Palace, spoglądałem w stronę Polski i piłem. Tęsknota nie dawała mi spokoju. Wewnątrz mnie szalały burze jakich nie znałem. Pojawiła się bezsenność. Byłem coraz bardziej rozbity… Któregoś dnia pijany zasnąłem w metrze… i obudziłem się na końcowej stacji na obrzeżach Londynu… Nie łatwo było nocą dostać się do mieszkania… Przyszedł czas, by coś z tym zrobić, bo czułem, że jestem coraz bliżej szaleństwa. Miałem wątpliwości co do własnych uczuć. Tęskniłem za moimi dziewczynami a jednocześnie czułem się przez nie wygnany… Potrzebowałem bliskości… samotność doprowadzała mnie na skraj… Wtedy pierwszy raz postanowiłem się leczyć. Nie… jeszcze nie z alkoholizmu ale psychiatrycznie.

 

Ciąg dalszy nastąpi – jak mawiają alkoholicy…

Pozdrawiam

Michał

Pomóż innym !! Udostępnij na:

2 komentarze

  • Współuzależniona

    10 sierpnia 2017 at 22:41 Odpowiedz

    Świetny i ba……..rdzo potrzebny blog!!! Podziwiam pisarski talent.

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial