Mój piciorys – część pierwsza.

Nie zrobiłem przez te trzy lata jednej dość ważnej rzeczy. Nie napisałem swojego piciorysu. Na początku owszem… były wspomnienia, szukanie przyczyn i tym podobne, ale nigdy nie zrobiłem tego sumiennie i do końca. Teraz w dobie własnego kryzysu siadam i wracam do podstaw.

Podzielę go pewnie na kilka części, bo jakoś nie wyobrażam sobie napisania całości w jednym wpisie.

 

Każdy pijak, który uświadomi sobie w pewnym momencie, fakt bycia pijakiem, stawia sobie pytanie jak to się stało ? Kiedy to się stało ? Co mnie do tego doprowadziło ? Ja pytam się zaś dzisiaj ,czy warto się na tym skupiać ? To trochę jak pytanie co było pierwsze – jajo czy kura ? Czy najpierw był problem a potem alkohol, czy najpierw był alkohol a potem problem…

Rozważałem i ja wiele razy te pytania. Wolałem myśleć, że to życiowe dramaty sprawiły iż jestem alkoholikiem. Fajnie było mieć wytłumaczenie dla siebie i dla zabicia wyrzutów sumienia. Oto wielkie życiowe klęski doprowadziły Michała na skraj grobowej dziury w ziemi. Oto krzywdy i cierpienia sprawiły że chybię się nad otwartą trumną z niedopitą butelką w ręce. To ten podły świat zwala mi się na głowę i popycha na dno… Oj, jakie to łatwe. Jakie to proste, tak wskazać trzęsącym się palcem na te wszystkie wydarzenia i na tych ludzi. Byle tylko odsunąć problem od siebie. Byle zagłuszyć te głosy, mówiące jesteś dupa…

Ustaliłem więc, że alkoholikiem stałem się gdzieś w latach 2005-2009 i było mi z tym wygodnie. Poniekąd nawet była to prawda. Z medycznego punktu widzenia faktycznie tak się stało. Wtedy zacząłem spełniać normy alkoholizmu. Jednak to nie wtedy powstał we mnie alkoholik. On powstał już w dzieciństwie i tylko czekał, aż ciało i umysł odkryje stan upojenia.

Wychowałem się w domu z ogrodem. Z rodzicami, dziadkami, wujkami i kuzynami. Dwa domy rodzinne połączone jednym ogrodzeniem. Mama troszczyła się o mnie, a później o moją siostrę jak o dwa największe skarby swojego życia. Nic nie mogę jej zarzucić. Nie mogę powiedzieć o niej ani jednego złego słowa. Ojciec… był… gdzieś tam był… o dziwo go nie pamiętam z tamtych czasów…  Tylko czy to ważne ? Byłem dzieciakiem jakich wiele. Ni lepszym, ni gorszym. Ani szczególnie zdolny ani zwykły gamoń. Nie widzę sensu rozczulać się tutaj nad krzywdami i niesprawiedliwościami jakie mnie spotkały, bo takie same spotykały wiele dzieciaków, które powyrastały na ludzi pozbawionych nałogów. Dostawałem w dupę. Byłem niesłusznie karany, ciągle goniłem grupę starszych kuzynów i sąsiadów… i co z tego ?

Wyrosłem na zdrowego faceta, miłośnika biegów długodystansowych, zapalonego “górala” i dobrego pływaka. Czasami słyszałem nawet, że jestem przystojny… Chodziłem na siłownię, boksowałem, biegałem po górach i przejeżdżałem tysiące kilometrów rocznie na rowerze. Po asfalcie i po bezdrożach. Miałem wszystko, co potrzebne jest młodemu facetowi… Wszystko prócz kobiety. Z nimi zawsze miałem pod górkę. Z jakichś powodów każdy mój związek kończył się klapą. Miałem bodaj 17 lub 18 lat, gdy z dwójką kolegów, nad rzeką, pod mostem napiłem się piwa. Jak dziś pamiętam ten słoneczny i ciepły dzień. Kupionego w osiedlowym sklepiku “Van-Pura” niosłem zawiniętego w reklamówce, tak by przechodnie nie widzieli tych trzech butelek. Doszliśmy pod most, usiedliśmy na schodach prowadzących do rzeki i zaczęliśmy smakować chłodnego, gorzkiego płynu… To uczucie trudno było mi zapomnieć. Przyjemne dreszcze rozchodziły się po całym ciele. Na ustach pojawił się uśmiech a wewnątrz zniknęły wszelkie napięcia. Byłem szczęśliwy… Odkryłem to, co ukrywali przede mną dorośli. Ten stan błogości, uniesienia… tą fantazję i odwagę, wprost nie do opisania. Mogę sobie mówić, że alkoholikiem stałem się wiele lat później, ale tak na prawdę stałem się nim tamtego dnia, tamtej godziny i w tamtym miejscu. Zakompleksiony i nieśmiały chłopak, który bał się pocałować dziewczynę, właśnie stawał się wariatem, dla którego od tamtej pory liczyło się tylko szaleństwo.  Mój umysł właśnie zanotował, że w alkoholu jest siła, radość i ulga od wszelakich udręk.

Nie, nie… nie zacząłem pić ciągami, nie piłem na kacu… ba… nawet nie znałem pojęcia kaca. Byłem w tak dobrej kondycji, że po przespaniu kilku godzin wstawałem jak nowo narodzony. Jogurcik OSM Sanok, lekkie śniadanko i było po sprawie. Zbiegło się to w czasie, gdy zacząłem pracę w serwisie urządzeń ogrodniczych – kosiarki, pilarki i kosy spalinowe… Szef powiedział mi, że mają w zwyczaju po pracy jeździć do “Konia” na piwo. Spelunka “Black Horse” była dobrze znana w okolicy. Jakoś nigdy nie podejrzewałem, że tam się znajdę… a jednak. Piwo z szefem… poznawani “poważni ludzie”… imponowało mi to. Zaczęło się też moje życie nocne. “Harnaś”, “Hades”, “Orion”, “Rudera”, “Zasanie”, “Art Club” i wiele innych, których nazw nie pamiętam… Poznałem bodaj wszystkie knajpy i dyskoteki jakie były w mieście.  Nie, nie… wcale nie byłem jeszcze alkoholikiem. Z klinicznego punktu widzenia nie. Wypijałem po kilka piw, bawiłem się na koncertach w “Ruderze”, skakałem po parkietach Hadesu i Oriona, włóczyłem się po mieście nocami, ale to były weekendy i to oczywiście nie wszystkie. Polska żyła wówczas jeszcze postem, adwentem i świętami w tradycyjnym wydaniu. W tych okresach na mieście było pusto. Między innymi dzięki wspólnej religii ten kraj podniósł się z kolan i religia była szanowana w małych miasteczkach jak moje.

Miałem dziewiętnaście lat, gdy zacząłem na dobre jeździć w Bieszczady. Samochodem, na motocyklu… kierunek ten sam. Hoszowczyk, za Ustrzykami Dolnymi. Już wtedy planowałem budżet tak, by nie zabrakło na piwo. Czy byłem z dziewczyną, czy sam, czy z kolegami, chciałem czegoś odjechanego. Czułem wieczny głód silnych wrażeń. Alkohol, przygodny seks, włóczęgi po górach… Nie zapamiętywałem większości poznanych ludzi. Nie zwracałem na nich uwagi, często nawet nimi gardziłem. Kpiłem z tych, którzy męczyli się po przepiciu. Uległem przekonaniu, że jestem nie do zdarcia. Złaziłem w tę i nazad całe pasmo Otrytu. Dorzuciłem wiele pustych butelek do wielkiego składu w Chacie Socjologów. Trzeźwiałem wiele razy u Andrzeja i Renatki w Suchych Rzekach i przeprawiałem się pieszo do Wetliny. Na Rancho i w Chacie Ludzi z Mgły przybijałem gwoździe do stołów. Liczyłem kasę na autobus co do grosza… Reszta szła na przelew… Imprezy sylwestrowe były prawdziwie szalone w pełnych ludzi schroniskach. Nie pamiętam ich. Nie obchodzili mnie. Byli. Tworzyli klimat, który mi się podobał, ale mnie omijali… dlaczego ? Może dlatego, że byłem pijany i tylko szukałem okazji… Miałem gadane i zawsze jakoś wkręciłem się tam, gdzie odkręcali akurat nową butelkę. Picie na krzywy ryj stało się chyba moim ulubionym sportem… No właśnie… sportem… Minęło ledwie trzy lata od pamiętnego piwa pod mostem a po prawdziwym sporcie nie było już u mnie śladu. Siłownia, rower, bieganie… wszystko to poszło w odstawkę. Miałem przecież samochód i ciężki motocykl. Byłem nawet w klubie motocyklowym i regularnie jeździłem na zloty… Nawet kilka organizowaliśmy wraz z całym klubem… Jak to się ma do alkoholu ? Motocykliści = piwo. Dużo piwa… a do tego dziewczyny… dużo dziewczyn ?… jednak nie… Do cholery trzeba było jeździć trzeźwym i jak tu zapoznać się z fajną laską, gdy po zatrzymaniu motocykla i zdjęciu kasku nie potrafiłem się nawet składnie przywitać. Na zlotach sprawy miały się inaczej. Na zamkniętym terenie piwa nie brakowało. Dziewczyn też nie… Czyli byłem w swoim żywiole… do poranka, gdy po luzaku i gadule pozostawał tylko drętwy chłopaczek ze skacowanym ryjem… Czy wówczas byłem alkoholikiem ? Nie. Żaden test by tego nie potwierdził. I tak… moja głowa była zafascynowana alkoholem, dzięki któremu potrafiłem zabić w sobie poczucie niskiej wartości, przełamać wstyd i wyzbyć się lęku przed odrzuceniem.

Ciąg dalszy nastąpi – powiedział alkoholik…

pozdrawiam

Michał

 

 

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial