Mój piciorys. Część druga.

Bieszczady, zloty motocyklowe, parady, włóczęga po górach, dyskoteki, knajpy… i te wszystkie zawody miłosne… Tuż przed maturą rzuciła mnie kolejna dziewczyna. Ledwo zdałem, taki byłem roztrzęsiony. Nie potrafiłem się skupić na nauce i na tym, co ważne dla mojej przyszłości. Chodziłem jak w malignie… Na studia do Krakowa się nie dostałem. Egzamin nie był łatwy ale to mnie nie tłumaczy. W Krakowie spędziłem wówczas bodaj dwa tygodnie. I najlepiej pamiętam dwa wydarzenia. Pierwszego papierosa „pod smokiem” na Wawelu i wizytę w małej knajpie „Świat Piw” przy Dietla. Byłem tam z wieloletnim przyjacielem – Bartkiem. W pokoju u mojej babci ( tak urodziłem się w Krakowie i tam żyje rodzina mojej mamy ) znalazłem wiele paczek papierosów. Jeszcze z czasów głębokiej komuny. Postanowiłem wziąć jedną. Pod smokiem, na trawniku wypaliliśmy z Bartkiem po jednym. Odlot. Tak nas poskręcało od tego „Klubowego”, że leżeliśmy w trawie oczarowani tym zjawiskiem. Po tym ruszyliśmy do „Świata Piw”. Padał deszcz i do środka wszedł mężczyzna z podłużną walizką. Kilka piw później walizka otworzyła się. Piła… Facet grał na pile. Co ciekawe pojawił się też ktoś z harmonią. Byłem świadkiem bardzo osobliwej improwizacji, której pewnie nigdy nie zapomnę. Nie byłem pijany, ale podpity. Chciałem więcej. Nie alkoholu, ale tej muzyki, tych niecodziennych wrażeń… Pragnąłem być w środku czegoś wielkiego, nietypowego. Mówiłem sobie, że gardzę normalnością, szarą codziennością, monotonią powtarzanych czynności.  Chciałem być „kimś”… tylko kim ? Tego chyba nie wiedziałem jeszcze przez wiele kolejnych lat.  Z Krakowa, jak wspomniałem, wróciłem na tarczy. Oblany egzamin i koniec marzeń o studiach w wielkim mieście…

Megalomania – skupienie na własnej doskonałości, samozadowoleniu oraz świadomości własnej  wartości, znaczenia i możliwości.

Nie… nie byłem megalomanem. Byłem megalomaniakiem – pijakiem. Gdy piłem, byłem doskonały i mogłem wszystko. Gdy trzeźwiałem, naciągałem na umysł maskę wstydu, strachu i wycofywałem się. Do weekendowego picia, po wizycie w Krakowie, doszły jeszcze papierosy. Z „braku laku” zacząłem studia na Politechnice Rzeszowskiej. Nieporozumienie. Tak mogę to nazwać. Nieporozumienie i wywołana tym frustracja, dawała dobre wymówki… Prowadziłem wówczas pierwszą swoją działalność gospodarczą… Szybko przekonałem się, że nie jest łatwo prowadzić działalność, a już zarobić na tym, graniczyło z cudem, bez doświadczenia, wiedzy i gotówki na inwestycje. Jeździłem starą Sierrą po okolicznych targowiskach i sprzedawałem kosiarki. Udało mi się sprzedać trochę towaru, ale zdecydowanie zbyt mało, by się z tego utrzymać. Kolejna frustracja, kolejne „jestem nikim” i kolejne zalewanie pały pod szyldem „jak popijem, dobrze żyjem”. Gdzieś koło roku 1999 poznałem Ukraińca, który pracował w Sanoku i miał kasę… a co najważniejsze lubił pić. Polubiłem faceta, zakumplowaliśmy się i pijacka maszynka ruszyła mocno z kopyta. Co najmniej raz w miesiącu byliśmy dobrze nagrzani. Najpierw w Sanoku, potem w górach… Któregoś dnia namówił mnie i moją ówczesną dziewczynę na studia językowe…. Poszliśmy na to. Skoro znana Sanocka szkoła średnia  zatrudnia faceta ze wschodu, to musi być zapotrzebowanie na belfrów. Czasy były dziwne. Moi rówieśnicy bardzo często wybierali kierunki na które był akurat boom a nie te, w których widzieli siebie w przyszłości. Czy ja widziałem siebie jako nauczyciela ? Boże uchowaj… ale czułem kasę. Przecież on pił właśnie z korepetycji i pracy w kilku szkołach. Wziąłem się do pracy. Piłem wówczas mało a imprezy zeszły na boczny tor. Gdy już się zdarzały, upijałem się jednak mocno. Zbyt mocno. Odczuwałem ciągłe niezadowolenie… Po pierwszym roku studiów, poszedłem do pracy w szkole. Wierzcie lub nie, ale nawet ksiądz polewał wódkę od czasu do czasu. Szkoda komentować. Na dodatek nie dało się tam zarobić, więc po lekcjach dawałem korepetycje. Weekendy, jak zwykle – „Koń”, „Hades”, Bieszczady… lecz rzadziej… Pamiętam, że coraz częściej kłóciłem się z ówczesną dziewczyną. Narzekała, że piję za dużo… Już wtedy… Był rok 2000, gdy miałem na koncie już kilka urwanych filmów i na pewno piłem bardzo ryzykownie.  Jesienią, po dniu nauczyciela wyrzuciłem z domu moją dziewczynę. Miałem kaca a ona suszyła mi głowę… Zerwałem z nią, zwiałem w Bieszczady i pierwszy raz wniosłem wódkę na połoniny. Wróciłem już z inną kobietą, którą też szybko zawiodłem. Dałem kilka alkoholowych popisów w ciągu pół roku i zerwałem, raniąc ją bardzo. Ona liczyła na poważny związek. Była kilka lat starsza i planowała już rodzinę… Dla mnie było to nie do zaakceptowania.

Frustracja (łac. frustratio – zawód, udaremnienie) – zespół przykrych emocji związanych z niemożliwością realizacji potrzeby lub osiągnięcia określonego celu. Czasem frustrację definiuje się jako każdą sytuację, która wywołuje nieprzyjemne reakcje: ból, gniew, złość, nudę, irytację, lęk  i inne formy dyskomfortu.

Po którymś piciu, gdy po raz kolejny wyszedłem na idiotę i ze wstydu uciekłem z domu. Pół nocy siedziałem z zamożnymi ludźmi i kleciłem megalomańskie brednie, aż ktoś mnie kulturalnie wyprosił z towarzystwa…  Następnego dnia wybrałem całe dostępne pieniądze, zostawiłem list, żeby mnie nie szukali i ruszyłem w góry. Do teraz nie wiem, co chciałem osiągnąć, po za zwróceniem na siebie uwagi. Piłem w autobusie i chlipałem pod nosem, jak to mi źle. Z interesu nic nie wyszło, na studia się nie dostałem, drugie okazały się nieporozumieniem, cofnięto mi kredyt studencki i kazano zwrócić to, co już wykorzystałem, bo moja nowa szkoła nie spełniała czegoś tam… Sprzedałem motocykl, poszedłem do pracy, ale to nie wystarczało na czesne, spłatę kredytu i na życie. Mój ojciec już wówczas więcej popijał niż zarabiał a mama była na rencie. Nie miałem co marzyć o wsparciu finansowym, które pozwoliłoby mi na utrzymanie się w koledżu językowym. Spróbowałem pracy ponad siły. W tygodniu praca i korepetycje a w weekendy nauka. Pociągnąłem rok i nie podszedłem nawet do egzaminów końcowych… Zawaliłem kolejną szkołę.

Jeśli mogę powiedzieć, że cokolwiek zawdzięczam piciu, to powiem jedno – żonę. Poznałem ją bowiem w „Koniu”, gdzie nigdy wcześniej nie bywała a ja nie byłbym tam, gdybym nie lubił piwa o kilka kroków od domu. Wpadliśmy tam na siebie przypadkiem. Spodobała mi się od pierwszego spojrzenia… Musiałem jednak wlać w siebie kilka piw, zanim się odważyłem podejść i zamienić choćby jedno słowo. Był styczeń 2001 roku. Kilka tygodni później umówiliśmy się na randkę… Moje życie i picie wkroczyło na nowy poziom. Znajomi Ewy lubili się dobrze zabawić. Znamiennym jest fakt, że do czasu poznania Ewy, wyprzedzałem stan spłat kredytu studenckiego o kilka lat i zostało mi go bardzo mało, lecz o ostatnie raty bank musiał upomnieć się pisemnie. Cała zarobiona kasa szła na życie i imprezy. Zaczęła się nowa era pijaństwa. Szaleliśmy razem. Alkohol lał się często i gęsto. Moi przyszli teściowie w tamtych czasach też lubili usiąść przy kieliszku. Byłem w siódmym niebie. Domek nad Soliną, żagle, woda i piwo, wódka, cokolwiek… do upadłego…

    Egoizm (łac. ego – ja) – nadmierna albo wyłączna miłość do samego siebie. Egoista kieruje się przeważnie własnym dobrem i interesem, nie zwracając zbytniej uwagi na potrzeby i oczekiwania innych.

Egocentryk  postrzega świat wyłącznie z własnego punktu widzenia, poprzez absolutyzowanie własnych doświadczeń, obserwacji i przemyśleń, przy równoczesnym marginalizowaniu opinii pochodzących od innych osób.

Synonimy słowa pyszałek: besserwisser, bubek, buc, bufon, chwalipięta, egotysta fanfaron, jaśniepan, megaloman, mędrek, panek, pępek świata, przemądrzalec, purchawka, reklamiarz, rezoner, samochwalca, samochwał, samochwała, udzielny książę, ważniak, zadufek, zarozumialec efekciarz, blagier, deklamator, egoista, kabotyn, mydłek, snob, szpaner, pętaczyna, pętak, narcyz, facecik, goguś, paniczyk, mitoman, jaśnie pan, aktor, burżuj, pozer, symulant, zgrywus, samolub, sobek, interesowny, hardy…

Tak… było mi dobrze, miało mi być dobrze, bez względu na wszystko. Gdy piłem, zawsze miałem rację i gardziłem tymi, którzy ośmielali się widzieć cokolwiek inaczej niż ja. Nowej ekipie przecież trzeba zaimponować. Trzeba pokazać, że jest się kimś ! Ale ja byłem nikim. Miałem wiele fachów w rękach, lecz nie potrafiłem ich wykorzystać… Każda praca nudziła mi się… Ja byłem stworzony do wyższych celów !!! Takie przybierałem pozy, kiedy piłem. Stawiałem się i starszym i młodszym a nawet wdawałem się w bijatyki, kiedy coś wyjątkowo mi nie pasowało. Alkohol wyzwalał we mnie kogoś zupełnie przeciwnego…. W latach 2001-2003 kilka razy zwróciłem uwagę, że jest mnie jakby dwóch. Ten wrażliwy chłopak, który pragnie rodziny, domu i spokoju o raz kpiarz, pyszałek, grubianin, egocentryk… taka nadęta purchawka…. Imponować za wszelką cenę ! Dzisiaj zastanawiam się po co… ? Pewnie po to, by się dowartościować… przecież byłem nikim…

Ciąg dalszy nastąpi – jak mawiają alkoholicy…

 

Pozdrawiam

Michał

 

Pomóż innym !! Udostępnij na:

4 komentarze

  • Adam

    6 sierpnia 2017 at 19:42 Odpowiedz

    Jeśli nie przestaniesz pisać o mnie wytocze Ci sprawę. 😉
    Pozdrawiam

  • Justi

    6 sierpnia 2017 at 23:40 Odpowiedz

    Jestem ciekawa Twojej …obiektywnej teraz… opini o czasie emigracji ….
    Jesli uda mi sie przelamac napisze kiedys o tym jak to wspominam. Zastanawiam sie na ile nasze spostrzezenia sie pokryja…

    • Michał

      7 sierpnia 2017 at 07:48 Odpowiedz

      Pewnie w sporej mierze się pokryją…. to będzie kolejna część…

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial