Strach i ja… M@Niek…

   Muszę Wam powiedzieć, że M@Niek mnie zainspirował, do podjęcia pewnej decyzji. Jeśli chcecie coś napisać od siebie w formie wpisu, a nie komentarza – zapraszam. Dobre teksty opublikuję na blogu. Mogą to być teksty osób uzależnionych, współuzależnionych lub  DDA. Tematyka – alkoholizm, narkomania, papierosy, uczucia, emocje z tym związane i co Wam przyjdzie do głowy. Póki co publikuję tekst przesłany mi przez M@Nka ( – ten  typ od zdjęć i wierszy 😛  – dobry jest kurde !) Poprawiłem tylko interpunkcję…

 Pozdrawiam

Michał

        Jako że kilka wpisów poniżej pojawiła się mała wzmianka o mnie, postanowiłem coś napisać. Nie chciałem tego robić w formie komentarza,  bo nie każdy czyta komentarze więc, liczę na przychylność Michała i że pojawi się to jako osobny wpis.

   Nie, nie, nie będę tu pisał o fotografii czy, też o ortografii lecz o tym jak strach i niska samoocena zamknęła mnie przed innymi, utrudniła codzienne życie i doprowadziła do autodestrukcji. Wpłynęła negatywnie na mnie i na osoby z mojego otoczenia.

    Kolejną rzeczą która mnie bardzo bolała (no dobra jeszcze gdzieś w środku trochę boli) to ambicja i wygórowane marzenia (często nie realne), które potrafią frustrować i także niszczyć nas od środka. No ale po kolei.

                        Skąd się wziął we mnie strach?

   To skąd on się wziął to już wiedziałem od dawna, wiedziałem, ale nic z tym nie robiłem, ponieważ zakorzeniony był we mnie gorzej niż zęby trzonowe. Wydać się to może banalne i śmieszne, ale strach pojawił się moim życiu już w przedszkolu… To już wtedy byłem straszony przez „przemiłą” opiekunkę i często słyszałem jak to do niczego się nie nadaję i że jedyne co może mi się udać to skończyć szkołę specjalną. No była motywacja, świetny start do życia i gratulacje dla pani przedszkolanki.

    Jak to wpłynęło na mnie wtedy może świadczyć tylko to, że wylądowałem w szpitalu (jako chyba 5 lub 6 latek) z diagnozą, że jestem znerwicowany i w przyszłości mogę mieć właśnie nerwicę i wrzody…  Od tego czasu wszystko zaczęło się za mną ciągnąć. Bałem się głupich min które pokazywali mi starsi koledzy z podwórka, bałem się ciemności, samotności, bałem się wszystkiego. W późniejszym czasie doszło nawet to, że bałem się odmawiać, a to był strach, że jak odmówię, to ktoś będzie na mnie zły, albo jak odmówię coś w pracy, to zostanę zwolniony.  Ta sytuacja, ten cały strach był powodem ciągłego stresu, bo rzeczą oczywistą jest to, że jak się boimy, to mimowolnie stresujemy się przy tym dwukrotnie.

    Słowa które wmawiano mi w przedszkolu o tym, że jestem nic nie wart i nic nie osiągnę w połączeniu ze strachem były świetną bazą do tego, że moja samoocena już od najmłodszego była bardzo niska. W późniejszych latach trafiłem jeszcze na jedną osobę która usilnie mówiła mi i dawała do zrozumienia, że jestem kiepskim, nic nie wartym gościem, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniach pani przedszkolanki. Fajnie prawda ?

Wiem kim jestem – jestem nikim!!!

    Wszystko co robiłem, chowane było do szuflady, bo przecież z góry wiedziałem, że to jest nic nie warte. Gdy zdarzyło się tak, że coś pokazałem (najczęściej zdjęcia, bo tekstów nigdy) i spodobało się to komuś, szybko stwierdzałem, że tylko tak mówi, żeby nie było mi przykro. Wewnętrznie negowałem każdą pozytywną opinię, która w moim mniemaniu była tylko wypowiedziana z litości czy dlatego, że ktoś chciał być miły.  Szybko znalazłem sposób żeby być kimś i choć przez chwilę być zadowolonym z tego co robię.

Ale kim ja chciałem być ? No właśnie kim ?

    Jako że muzyka w moim życiu pojawiła się bardzo szybko i tak samo szybko mnie opętała, moim celem życiowym było stanąć na scenie. Nie, nie w Sopocie, nie w Opolu, w Jarocinie czy na przystanku Woodstock. Szybko znalazłem sobie idoli i chciałem być jak oni. Image Duff’a Mckagana (Guns N Roses) w połączeniu z tekściarstwem Krzysztofa Grabowskiego (i tego z Dezertera i Tego z Pidżamy Porno – dwóch naprawdę dobrych tekściarzy o tym samym imieniu i nazwisku). Gitara miała być prosta, tak jak prosty jest cały punk rock 😉

   Niestety im więcej ćwiczyłem tym bardziej sobie zdawałem sprawę, że jednak nic z tego, że nie będę taki jak oni – frustracja razy tysiąc !!!

  Zmieniamy dziedzinę – idziemy w zdjęcia. To może chociaż będę fotografem nagradzanym przez National Geografic, a może będę w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze i dostanę Pulitzera…

I znowu zawód, nie udało się. Pani z przedszkola miała rację jestem nikim!

       Na szczęście sposób który znalazłem na strach, świetnie również działał na tą niską samoocenę, szybko mogłem zapomnieć, że nie udało się być muzykiem, fotografem, że wcale nie jestem nikim. Albo wręcz przeciwnie właśnie wtedy nim się stawałem bo przecież każdy artysta to pijak (tak sobie tłumaczyłem). Artyście wolno, ba nawet powinien. Byłem jednym z nich. Kiedyś nawet jeden z kolegów grających z kapeli twierdził, że artysta powinien pić żeby tworzyć – oj jak mi to pasowało, byłem usprawiedliwiony. Każde chwile zwątpienia potrafiłem szybko zamienić na chwilę szczęścia. Problem był tylko taki, że bardzo szybko, coraz trudniej było osiągnąć te chwile szczęścia nawet dzięki wspomagaczom. Alkohol wdarł się we mnie na całego. Stałem się „artystą” który nie miał nic wspólnego z artyzmem, ponieważ nawet nie zauważyłem, kiedy zaprzestałem robić cokolwiek. Każdą wolną chwilę wolałem poświęcić na piwko niż na napisanie czegoś, czy zrobienie zdjęcia. W głowie było – jedno piwko i działamy, gramy, piszemy, fotografujemy, ale po piwku było kolejne, po kolejnym następne i wszystko szło na bok. Umarł artyzm umarłem ja… Umarłem przed sobą, umarłem przed innymi. Wolałem zamknąć się z piwem niż pokazać nic nie wartego siebie…

    Nie wierzyłem kompletnie w nic co robię, czy to w pracy, czy też w domu. Na nic zdały się rozmowy o tym z żoną, która zawsze mnie wspierała w tym co robię bo ja wiedziałem lepiej. Uważałem że całkowicie się do niczego nie nadaję i na nic kompletnie nie zasługuję. Zacząłem sam się karać, a życie ze mną stało się męką…

    Dlaczego takie marzenia by być kimś? Dziś rozumiem to tak:

   Od dziecka wmawiano mi, że nic ze mnie nie będzie, więc postanowiłem udowodnić wszystkim, że żyli w błędzie, że to co powiedzieli, jest ich pomyłką i za wszelką cenę udowodnię im że tak nie jest. Stanę na dużej scenie i zaśmieję się im wszystkim w twarz – zobaczycie jak bardzo się myliliście i przypomnę wam to, gdy będę odbierał kolejną nagrodę za znakomite zdjęcie.

   Nie żyłem dla siebie,  a całą energię którą mogłem spożytkować w ciekawszy sposób traciłem na próby udowodnienia innym że jestem kimś. Dwoiłem się i troiłem, a tak naprawdę nikt na to nie zwracał uwagi. Dopiero teraz zrozumiałem, że gdybym nawet stanął na tej mojej dużej scenie nikogo by tak naprawdę z nich wszystkich nie obchodziło. Zwyczajnie mieliby to wszystko w dupie. To ciągłe udowadnianie w połączeniu z alkoholem doprowadziło mnie do totalnej destrukcji. Doprowadziło mnie do śmierci, śmierci mojego „ja”.

     Urodziłem się na nowo. Dziś stoję przed sceną na której gram główną rolę, jestem widzem i aktorem, robię to tylko i wyłącznie tylko dla siebie. Jeżeli uda się komukolwiek coś podpatrzeć, a dodatkowo się spodoba będzie to tylko miłym do dodatkiem.

Wiem kim jestem i nie zamierzam czegokolwiek i komukolwiek udowadniać. Dziś staram się być sobą, takim jakim jestem i jest to dużą zasługą osób które pozwoliły urodzić mi się na nowo (Ewa&Michał).

P.s

Tak się właśnie złożyło, że dziś po raz pierwszy w pracy musiałem odmówić pomocy kolegom, ponieważ mój wyjazd na delegację bardzo by skomplikował sprawy rodzinne. Przez chwilę odezwały się stare myśli czyli poczucie winy, że nie mogę tego zrobić bo jaki to będzie miało wpływ na dalszą współpracę. Po dłuższej… i tak nie mam wpływu na decyzje innych i na to co się stanie w przyszłości a jeżeli czegoś nie mogę zrobić to nie znaczy że nie chcę tylko naprawdę nie mogę…

 M@Niek

Pomóż innym !! Udostępnij na:

9 komentarzy

  • Darek

    1 sierpnia 2017 at 11:43 Odpowiedz

    tak, tak samo miałem do kiedy nie ukończyłem terapii. Niskie poczucie własnej wartości na skutek działania ojca alkoholika, wszystkiego się wstydziłem, nawet zapraszania znajomych w podstawówce do domu. W ogóle bałem się codziennie wracać do domu bo nie wiedziałem w jakim stanie jest mój ojciec i dom (po każdym z ciągów mieszkanie kawalerka zresztą wyglądała po 2-3 tygodniach jak melina). Nie miałem w nikim oparcia dlatego wszedłem w dorosłość bez podstawowych umiejętności życiowych bo takowych rodzina mi nie pokazała. Sam po założeniu rodziny uzależniłem się bo takie miałem wzorce ojca i mało tych pozytywnych innych (szala przeważyła na tą złą stronę). Po każdym z ciągów – wyrzuty sumienia, naprawianie strat, usługiwanie innym (nie mogłem odmówić – zgadzałem się na wszystko wbrew sobie), aż do stanu normalności i znowu pętla nawyku po jakimś czasie uruchamiała się. Dzisiaj jest już lepiej wiem kim jestem dzięki terapii mam w sobie wiarę ale od czasu do czasu wszystko przesłaniają nawroty przewlekłego zespołu abstynencyjnego – głównie denerwowanie się i krzyki z mało znaczących spraw – też pracuję nad tym , nad zwiększeniem świadomości że przecież kiedy krzyczę, złoszczę się – to nie ja rządzę sobą a niestety lęk, strach….
    Pozdrawiam Wszystkie trzeźwiejące Osoby nie dające się zwieść tej śmiertelnej chorobie. Trzymam kciuki 🙂

    • Michał

      1 sierpnia 2017 at 14:26 Odpowiedz

      Nie masz ochoty napisać dłuższego tekstu na bloga ? Fajnie piszesz…. 🙂 Pozdrawiam i trzymam kciuki za Ciebie.

  • Darek

    1 sierpnia 2017 at 15:25 Odpowiedz

    Cześć Michał ,
    mogę wyślę do Ciebie osobno na maila, myślę … takie podsumowanie dotychczasowego trzeźwienia, może opublikujesz po korektach. Czytam Twojego bloga od początku i w połowie jestem. Bardzo się utożsamiam z Twoją historią. Jestem alkoholikiem i DDA jednocześnie, a raczej mój alkoholizm moim zdaniem wyszedł z DDA. Nie zapominam o konsekwencjach picia i tego co zafundowałem swojej rodzinie i to mnie trzyma w trzeźwości. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    • Michał

      3 sierpnia 2017 at 09:30 Odpowiedz

      A pewnie że możesz 🙂 Czekam 🙂

  • Tomek

    27 sierpnia 2017 at 12:29 Odpowiedz

    Bardzo spodobał mi się Twój tekst. Widzę sporo podobieństw. Ja miałem również nierealne marzenia, które powodowały frustrację, a moim idolem był Slash:-). Byłem na dobrej drodze, żeby nauczyć się grać i coś osiągnąć(chodziłem do szkoły muzycznej), ale alkoholizm ojca, i moje wieczne poczucie wstydu i brak możliwości do ćwiczeń odebrały mi chęci. Ciągłe zaległości z płatnościami w szkole i nauczycielka, która nie rozumiała problemu, spowodowały rezygnację. W szkole podstawowej uczyłem się dobrze i bardzo dobrze. Brałem udział w olimpiadach i odnosiłem małe sukcesy. Niektórzy nauczyciele widzieli we mnie przyszłego lekarza lub naukowca. Niestety wraz z postępującą chorobą mojego ojca, czułem się coraz bardziej „wyalienowany”. Przez moje nietypowe zainteresowania (muzyka rockowa i biologia-mieszkam w małej miejscowości:-)gdzie wszyscy słychają disco polo), czułem się gorszy i nierozumiany. Szukałem pocieszycielki. Alkohol i nikotyna dały mi „pewność siebie” i akceptację rówieśników, którym bardzo chciałem zaimponować. Szkoła średnia to już równia pochyła. Brak autorytetu, coraz słabsze wyniki w szkole, zawody miłosne, pogrążały mnie psychicznie. Marzenia o studiach na wybranym kierunku legły w gruzach. W domu,gdzie nie było łazienki, pokój, kuchnia, nieustające kłótnie i awantury nie pozwalały mi się rozwijać jak normalnemu nastolatkowi. Teraz mam 37 lat, długo by opowiadać ile alkohol w moim życiu namieszał, pośrednio i bezpośrednio. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę,że jestem DDA i jak ogromny miło to wpływ na moje życie. Moja przeszłość to pasmo porażek i niespełnionych marzeń. Od pewnego czasu, chyba od kiedy, że zdałem sobie sprawę, że jestem DDA i że mam problem z alkoholem, moje życie poprawiło się. Poprawiły się również moje finanse. Nie spocznę, dopóki nie doprowadzę się do porządku, będę walczył! Pozdrawiam Cię i Michała twórcę bloga. Dzięki wpisom, zrozumiałem mechanizm działania nałogu i wiem, że nie jestem sam. Zrozumiałem, że z każdego szamba jest wyjście i że można się cieszyć każdym dniem. Dziękuję za bloga i wpisy!

    • Michał

      4 września 2017 at 07:37 Odpowiedz

      WOW Odważnie i bardzo dobrze. Nie rezygnuj ! Za murem alkoholizmu istnieje zajebisty świat ! Odkryj go a zrozumiesz, że alkohol nigdy nie był Ci potrzebny…

      Pozdrawiam serdecznie

      Michał

    • m@Niek

      7 września 2017 at 20:28 Odpowiedz

      Jakoś ostatnio czas trochę przyspieszył i lekko się zagoniłem. Nie zauważyłem nawet, że pojawił się nowy komentarz. Szczerze powiedziawszy to nawet nie wiem co powiedzieć – widzę, że nie tylko ja miałem takie problemy z sobą, że problem dotyczy wielu, naprawdę wielu. Myślę nawet że są to miliony, ale ludzie niestety wstydzą się mówić o swoich niespełnionych marzeniach czy ambicjach i chyba po części ta niemowa powoli nas niszczy… Oczywiście nie chodzi o to aby stać się również zbyt otwartym i z wszystkim lecieć do ludzi, ale chyba dobrze i zdrowo jest czasami powiedzieć komuś co nas boli tak naprawdę…

      A do gitary możesz teraz wrócić i grać tylko dla siebie – niestety sława i scena NAS minęła (nie wiedzą co stracili 😉 ), ale możemy to teraz robić bez przymusu tylko i wyłącznie dla swojej satysfakcji – choć wiem, że to cholernie trudne bo nawet w tym momencie, gdy jestem już pogodzony. Pogodzony z tym, że nie będzie tak jak kiedyś marzyłem to czasami gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się słowo „dlaczego nie ja” – na szczęście zdarza się to naprawdę już rzadko…

      Pozdrawiam

  • Czarli

    13 września 2017 at 01:35 Odpowiedz

    Oj, jakże ja to wszystko znam…
    Tyle, że ja piłem nie ze złości, strachu, niepowodzeń. Wiodło się całkiem nieźle – bywałem nawet na tych Opolach, Sopotach, i.t.p ( ze wspomnianym K.G. nagrałem nawet kilka kawałków…) i potwierdzam to, co piszesz – istnieje takie ciche przyzwolenie, bo przecież to „artysta” i on może. Nie dziwi nikogo za bardzo, że zespól X zostawia notorycznie po sobie zarzygany pokój i obsikane prześcieradło w hotelu. Że członkowie zespołu Y dają ostro w palnik jeszcze PRZED koncertem. Ba! W tzw „riderach technicznych” alkohol w postaciach różnych jest punktem umowy! Sam byłem już na takim etapie, że przed „sztuką” MUSIAŁEM się wspomóc. Jak nie było oficjalnie, to marsz do „Żabki” i 0,2 wlane do „Nestea” – hulaj dusza, Rock and Roll RULEZ!!! Ani się obejrzałem jak w 2008 roku, po swoich 41 urodzinach i kilkutygodniowym ciągu wylądowałem w szpitalu. Po serii badań okazało się, że ja prawie trup jestem. Leżąc w nocy pod dwiema kroplówkami, tonąc we własnym śmierdzącym pocie, zrobiłem sobie taki rachunek zysków i strat… Wyszło mi, że drogi są TYLKO dwie. Wóda = koncerty w piekle, Trzeźwość = szansa na ziemskie muzyczne uniesienia…
    Łatwo nie było, oj nie – jak masz pytania do „starszego stażem” wal jak w dym na priv.
    P.S. Fotki świetne, na poezji się nie znam (nawet, a może zwłaszcza na tej „Grabażowej”) 🙂
    Pozdrawiam.

  • Tomek

    16 września 2017 at 07:54 Odpowiedz

    A powiem Ci M@niek, że pogrywam na gitarze. Chodziłem nawet na lekcje:-)). Na dzień dzisiejszy nie mam wiosła, bo musiałem sprzedać kilka tygodni temu, bo potrzebowałem kasy, ale na pewno wrócę jeszcze do grania. Oczywiście, tylko dla siebie, chociaż cholernie trudno tak jak mówisz pogodzić sie z myślą,że wielka scena to nie dla nas już…Ale znam przypadek gościa, który ma koło 50tki dołączył do zespołu i pogrywa na różnych imprezach(nie na weselach). Widziałem filmiki na yt i publika dobrze się bawi. Także nigdy nie wiadomo. W tamtym roku zacząłem studia(!) i wiesz co?
    Wcale nie jestem najstarszy. Do tego całkiem nieźle mi idzie, zaliczam wszystko w pierwszych terminach, jako jeden z nielicznych. Także nie ma co patrzeć na wiek. Trzeba robić to człowiek lubi i tyle. POZDRAWIAM jeszcze raz :-))Kto wie, może kiedyś na jednej scenie……….;-D Stay tunes!

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial