Pogrzeb i chrzciny… wczoraj i dzisiaj…

Jutro… a właściwie to dzisiaj za dziesięć godzin pochowany zostanie mój kolega Piotrek a kilka godzin później ochrzczony mały Artur…  synek siostry mojej żony. Jakby powiedział Piotr – takie życie Misiu… Jedni odchodzą, drudzy przychodzą i nic tego nigdy nie zmieni. Przyroda już tak jest skonstruowana by się odradzać raz za razem i doskonalić się w toku ewolucji. Bez zmiany pokoleń rozwój zatrzymałby się w miejscu. Na jednej osi jutro zetkną się żal po stracie wartościowego człowieka i radość podczas chrztu kolejnego. Jestem już silnym facetem, wyrosłem z alkoholowej niemocy a jednak wczoraj zaszkliły mi się oczy na wspomnienie o “Fizyku”. Jakich katuszy musiał doświadczyć tak wesoły z natury człowiek, by targnąć się na to co ma najcenniejszego ? I przede wszystkim dlaczego ich doświadczył ? I dlaczego Wy ich doświadczacie… ? Kilka słów dzisiaj właśnie o tym. O spojrzeniu na świat. Jeśli czytacie bloga to wiecie, że ile ludzi tyle światów i każdy jest nieco inny. Z Waszych maili jasno wynika jedno – katujecie się. Ja też to robiłem. Najpierw piłem, potem tego żałowałem, miałem wyrzuty, że coś tam przeskrobałem, że zawaliłem jakąś pracę, że pokłóciłem się z kimś i tak dalej. Bez przerwy chodziłem nachmurzony, zdenerwowany i zły na cały świat a na noc serwowałem sobie dawkę benzodiazepin i popijałem piwem. Ulegałem złudzeniu, że po tym zasypiam… Tak – złudzeniu, bo to było bardziej jak utrata przytomności, jak wpadanie w otchłań niż jak sen. Ranki witały mnie suchością w ustach i kołataniem serca. Kolejna dawka benzodiazepin pomagała mi wstać z łóżka, bo bez prochów bałem się całego otoczenia. Siadałem na kiblu z papierosem i zaczynałem wewnętrzną rozmowę ze sobą…. że muszę się pozbierać, że nie mogę tak pić, że muszę się wziąć w garść, że zawaliłem to czy tamto …. dokończę rano bo już jest 3.38….

Minęła kolejna doba… Tak katowałem się. Byłem jak koń ciągnący turystów na Morskie Oko. Ci turyści to cały mój bałagan jakiego narobiłem pijąc przez lata. I jak Ci turyści ten bałagan śmiał się ze mnie, cmokał i popędzał bym szybciej jechał pod tą górę, która nie miała końca. Padałem i wstawałem, krwawiłem i pociłem się a mimo to nie potrafiłem uwolnić się z jarzma. Klapki na oczach i bat za plecami… Też tego chcecie ? Ja się wkurwiłem, skopałem w końcu tego woźnicę a wóz zrzuciłem w najgłębszy wąwóz. Jestem wolny i tym się cieszę. Oczywiście nigdy nie zapominam, że to wszystko tam gdzieś jest i to jarzmo może wrócić w każdej chwili, tyle że ja robię wszystko by nie dać się złapać. Wczoraj w południe pochowaliśmy Piotrka. Ja nie przepadam za kazaniami w kościołach ale tutaj muszę się zgodzić z księdzem. “Nie oceniajcie, zapamiętajcie go takiego jakim był jako zdrowy człowiek”… Tak – nigdy nie oceniajmy innych a tylko siebie. Nigdy nie porównujmy się do innych – tylko do siebie. Zawsze znajdzie się lepszy od nas fizyk cząstek elementarnych, czy muzyk lub poeta. Kiedy ja oceniam siebie patrzę jaki byłem dwa lata temu… albo nawet rok temu. Już pracowałem ale jeszcze chaotycznie, z przerwami. Odzywała się we mnie depresja, miewałem zawroty głowy i nudności. Miałem problemy z porzuceniem tożsamości alkoholika i z wyobrażeniem sobie reszty życia bez alko a dzisiaj… Cóż ja się dzisiaj cieszę każdym dniem wolności i wiem, że NIGDY ale to NIGDY nie potrzebowałem alkoholu. Ja zwyczajnie miałem kompleksy z których nie potrafiłem wybrnąć bez upijania się i problemy zdrowotne, które zapijałem, by złagodzić skutki. Tyle że alkohol nie jest żadnym rozwiązaniem i nigdy nie był. On tylko ogłupiał. Z choroby leczy mnie teraz zespół chirurgów i laryngologów oraz psychiatra – młoda lecz doświadczona w sprawach nałogów kobieta. Dlaczego o tym piszę…. ? Ponieważ próby wyleczenia depresji, bezsenności czy kompleksów alkoholem przypominają oddanie nowoczesnego samolotu wojskowego do naprawy w piekarni czy cukierni… Totalny debilizm. Alkohol nie naprawi niczego w Waszych życiach. Da jedynie złudzenie, że jest lepiej ale gdy wyparuje wszystkie problemy wrócą ze wzmożoną siłą. Alkohol wyczyści Wasze konta, domy i …. mózgi… Staniecie się warzywkami jeśli po drodze nie zabiją Was żylaki przełyku, odbytu, czy nie wysiądzie Wam układ trawienny. Alkohol przyniesie Wam pozorną ulgę a Wasz dom w tym czasie zmieni się w melinę pełną kłótni i wrzasków a Wam (szczególnie kobietom) zapewni gwałt w nocy, nad ranem i tymczasowe “tatuaże” pod oczami robione pięściami a nie igłą. Wasza skóra wyschnie zbyt szybko, a piersi staną się suche. Wasze mięśnie osłabną a kości zrobią się kruche…. i tylko te stare problemy jakoś nie będą chciały zniknąć a tylko będzie ich przybywać. W końcu będziecie samotnie zbierać na tani alkohol albo skończycie w trumnie a po Waszym  pogrzebie większość ludzi odetchnie z ulgą, że wreszcie będzie spokój… Wasze imiona zostaną szybko zapomniane i tylko Wasze dzieci będą cierpiały przez lata by potem w większości stać się alkoholikami i podzielić Wasz los… Serio chcecie tego ?….  Ja wiem, że nie ale jak tak czytam Wasze maile i widzę, jak się zabieracie za leczenie to czasami nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Z niektórymi już zerwałem kontakt, bo była to strata czasu. Były maile w stylu nie piję od wczoraj i chcę się leczyć… Ja na to OK – to do pracy… i cisza…. cisza… cisza przez kilka tygodni a potem dłuuugi mail z wielkim żalem… jak się strasznie schlałem, czy schlałam i jakiego burdelu narobiłam narobiłem i bezradność i zero szans itd… ale kiedy mówię co robić, by udać się po fachową pomoc, by czytać o problemie, by wykonywać proste ćwiczenia…. kuźwa cisza….  No ja pierdzielę… Ja już mówiłem, że szamanem nie jestem i nikogo nie zaczaruję. Ja Wam mogę dać narzędzia i instrukcję obsługi ale to WY musicie wziąć je w ręce, serca i umysły i pracować nad nimi. Do cholery możecie nimi rozmontować Wasze własne życiowe trumny, bo alkoholicy to często umarli za życia ludzie… jak zombie… Niby chodzą, niby mówią, niby słyszą i niby widzą ale reagują tylko na alkohol. Reszta świata oddala się od ludzi pijanych. Alkoholizm tworzy wokół osoby pijącej swego rodzaju “bańkę mydlaną” a ta nie potrafi z niej wyjść bo “bańka” wydaje się przemieszczać wraz z nim… Z czasem w środku kończy się tlen….   Porzucenie picie powinno być szybkim i zdecydowanym ruchem, popartym fachową terapią. Kiedy w końcu zrozumiecie moi drodzy, że sami macie bardzo małe szanse ? ………………………………… No dobra, “poznęcałem się” trochę na Was i na koniec tylko poproszę – jeśli nie jesteście gotowi, by być szczęśliwymi i wolnymi ludźmi – nie zawracajcie mi głowy. Jeśli nadal pragniecie cierpieć kace, wymiotować żółcią, niszczyć Wasze kariery, rodziny, domy i przyjaźnie – to wolna droga…  Deko się wkurzyłem, bo piszę maile nie raz nie dwa bardzo późno w nocy, by nikogo nie zostawić na lodzie z problemami a kiedy proszę o zrobienie bardzo prostych rzeczy… to jak grochem o ścianę…  Dobra dość opieprzania a całą resztę nadal zapraszam 🙂 i wracam do mojego świata…

Był pogrzeb i były chrzciny. Smutek przeplótł się z radością. Piotrowi już nie pomogę ale ten maluch zawsze będzie mógł na mnie liczyć, póki będę wśród żywych. Dzisiaj przed południem byłem już nad Soliną z przyjaciółmi. Moja bojka w zatoce utonęła. Zaplątał się mechanizm utrzymujący ją na powierzchni i gdy poziom wody się podniósł (o skromne 10 metrów ) bojka została pod wodą. Udało się nam ją złowić i zaczepić liny stalowe… Ale była jazda…. wyciągarki i liny o ogromnej wytrzymałości poszły w ruch. Kurde ciężko było i pot lał się w gacie ale i żarty sypały się cały czas. Udało się nam podciągnąć ją o kilkanaście metrów w stronę brzegu i… odczepił się hak pod wodą… Chwilę pomyślunku i ciul 🙂 za tydzień będzie kolejna okazja by się spotkać 🙂 Wsiedliśmy na żaglówkę i jazda 🙂 Wiało całkiem przyjemnie i przechyły mieliśmy ponad 45 stopni i to grubo, aż w oknach popłynęła woda.  Testowaliśmy nowy maszt i ustawienia. Adrenalina, dopamina plus bieszczadzkie morze, wiatr i słońce – ja pierdzielę – istny raj. Wycisnęliśmy wszystko co się dało z czterdziestoletniej łajby i wysiedliśmy na brzeg zmęczeni niesamowicie ale…  zajebiście szczęśliwi. Kiedy tak sobie porównam siebie dziś i siebie trzy lata temu w tym samym miejscu… było nieco inaczej…. Też był śmiech… tylko pusty… Też byli kumple, tylko czasami chwiali się na nogach i zasypiali w środku dnia. Tylko… dziewczyn i dzieci tam nie było jak dziś… to znaczy były ale nie z nami… Tych spojrzeń nie zapomnę nigdy. Pełne wyrzutów i smutku i rezygnacji… A dzisiaj… machały nam z brzegu i robiły zdjęcia kiedy dobijaliśmy. Były uśmiechnięte… szczerze i  naturalnie…. no i powrót do domu…. Powiem Wam coś.  Mimo dwóch lat… picie nad Soliną tak ugrzęzło w mojej głowie, że kiedy stamtąd wracam czuję się dziwnie, bo wcześniej zawsze miałem kaca a teraz pozostała nutka lęku… że coś jest nie tak, że czegoś mi tu brakuje… kaca niestety… To trochę paranoiczne ale prawdziwe, lecz dzisiaj się z tego śmiałem… przez całą drogę… Ja teraz i trzy lata temu… Dwie inne osoby w tym samym nieco styranym ciele, które powoli liże rany… Coś odeszło i coś się narodziło…. i wierzę że będzie żyło jeszcze bardzo długo.

 

 

Pozdrawiam Was i idę spać… 00:36 wcześnie jak na mnie… Oh by the way Ośrodek terapeutyczny OD NOWA rusza w nowym wspaniałym miejscu w Bieszczadach. Jeśli potrzebujecie fachowej pomocy odwiedźcie stronę OD NOWA  a jeśli macie pytania do mnie –  tradycyjnie piszcie  walczacyalkoholik@interia.pl

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial