UPADŁEM 26 MAJA

Pewnie popełnię dużo błędów, bo ekran widzę dość niewyraźnie. Trudno… Po dziesięciu dniach, których prawie nie pamiętam to nic dziwnego.

To się zawsze jednakowo zaczyna. Gniew, wyrzuty, poczucie opuszczenia, bezradności…. Tak było i tym razem. Nie szukam wymówki, nie szukam usprawiedliwienia – opisuje tylko to co mnie popchnęło.

Bycie trzeźwiejącym pijakiem nie jest łatwe. To jak chodzenie po bardzo cienkiej linie. Wystarczy podmuch i spadasz. Ta lina z dnia na dzień się poszerza. Z czasem staje się ścieżką, potem drogą aż dochodzi się do momentu, gdy widać całe pola, góry, doliny…. gdy można podnieść głowę i spojrzeć w niebo bez obawy, że straci się równowagę. Tylko na to trzeba lat a ja zadzierałem nosa po kilku miesiącach….

Ten dzień niczym się nie różnił… właściwie byłem dość zadowolony, gdyż kilka spraw poszło po mojej myśli, kiedy w domu doszło do kłótni… Bezcelowej, bezsensownej i bezwartościowej ( uważam, że kłótnie inteligentnych ludzi rodzą postęp a kłótnie idiotów zmieniają koła w kwadraty ).

Miałem dość… W środku coś się zagotowało. Po miesiącu siedzenia w domu wyszedłem. Bez celu, bez konkretnego zamiaru ale z chęcią…. do picia.   Telefon do kumpla… odebrał….

Siedział na piwku w “Obcym”…. miałem do niego dwa kilometry… obiecał, że poczeka.

Piwo było wspaniałe. Zimne, słodowe… przyjemnie rozpływało się po ciele… Wyszedłem na zewnątrz i na chwilę wszystko się zatrzymało… Zobaczyłem znajome auto a w nim moją przyjaciółkę, która wyciągnęła mnie z alkoholicznego szamba pół roku wcześniej… To był moment… Zawahałem się, czy nie przestać, czy się nie pożegnać i nie wrócić do domu… Popełniłem błąd….

Potoczyło się jak w jakimś “KACVEGAS”. Zmieniały się trunki, wzrastała ich moc, rosło szaleństwo. “Rudera”…. muzyka z mojego telefonu…. potem jakiś sklepik…. aby tylko więcej…. Nie wiem jak wróciliśmy do mnie….

Obudził mnie kumpel… Chciał wracać do domu….. nie było cygarów, więc po szybkiej naradzie poszliśmy razem….  Wszystko paliło wewnątrz. Ciało chciało eksplodować, ale do sklepu jakoś trzeba było dojść.

Papierosy, cztery piwa, dwie “dwusetki” i idziemy w pola pod altanę… Nasze morale wzrosło, ból ustąpił i był tylko śmiech… nic się nie liczyło tylko wódka…  Salwy śmiechu, durne filmy z sieci… prawdziwa jazda bez trzymanki.

Powrót do domu z flaszką w ręce i zapędy na dalsze picie skończyły się awanturą. … Przegiąłem… Poczułem to kolejnego dnia, kiedy nie mogłem podnieść się z łóżka. Rozbite kolano, podarte spodnie, pomarszczony język, piekące usta i serce walące techno…..

Wytrzeźwieć!!! Jak tu wytrzeźwieć, żeby nie zwariować…..

Klin ! Jeden, drugi, lepiej mi…. łapię oddech…. To klasyka. Wszystko chce alkoholu. Każda komórka w ciele wyje za nim. To też droga do zagłady… którą wybrałem….

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial