Żyć albo nie żyć….

Ostatni dzień kwietnia. Jutro zaczyna się majówka, polski “długi weekend”. W sklepach brzęczą butelki, w hipermarketowych  wózkach przewalają się dziesiątki piw, pojedyncze lub podwójne “zerosiódemki” ze zgrzewkami popitki i zagrychą. Z pólek znikają worki z węglem drzewnym i tandetne grille po 20 zeta. Dziesiątki ton karkówki marynuje się właśnie w lodówkach. Wyroby kiełbasopodobne na promocji lada chwila pokryją się spalenizną wśród odgłosów pokrzykiwania i śmiechów w ogrodach, na działkach, w domkach letniskowych… właściwie wszędzie, gdzie się da. W całym kraju wzrośnie poziom cholesterolu i poziom skażenia narodu alkoholem. Wzrośnie narodowa masa wątroby i narodowe ego. Kilka tysięcy kierowców straci prawko, kilka tysięcy zapłaci “za izbę” a kolejnych kilkadziesiąt tysięcy będzie mozolnie usiłowało posklejać na kolanie porozrywany w strzępy film. Kocham “długie weekendy” !!  Prawie wcale nie wychodzę z domu przez ostatnie tygodnie ( może z 10 razy w przeciągu miesiąca opuściłem podwórko). Nie chcę nikogo widywać, nie chcę niemal z nikim rozmawiać. Stałem się odludkiem. Dzisiaj nagle zdałem sobie sprawę, że przestając pić wypadłem z obiegu. Pije tak wielu z moich znajomych (nie nałogowo), że praktycznie nie mam gdzie się udać na majówkę. Patrzyłem dzisiaj na te zakupy, robione z rozmachem przez rozgorączkowanych weekendem ludzi i ogarnął mnie smutek. Nie wolno mi. Nie posiedzę z kumplami przy grillu. Nie nażrem się karkówki z piwem. Nie walnę lufy pod ogóra. Nie będzie zabawy.

Kilkanaście dni temu moja stara ekipa wyjazdowa dała cynk o wyjeździe w fajne miejsce. Zarezerwowali noclegi, obmyślili trasę. Wszystko gotowe – tylko jechać. Napaliłem się. I ja i moje dziewczyny. Pojedziemy gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy, pozwiedzamy, ruszymy się stąd. Trzaśniemy drzwiami i zostawimy tą całą budowę i te wszystkie troski – bodaj na chwilę… Tylko coś mi nie dawało spokoju…. Oni lubią piwo, oni lubią śliwowicę… oni lubią pośmiać się, pożartować i siedzieć przy ogniu do rana. Ja też lubię… ale mi nie wolno…. To niby takie proste. Mogę przecież nie pić…. To nie jest proste. To cholernie trudne. Patrzeć na ludzi, którzy są wolni i mogą się bawić jak chcą samemu nie mogąc nic zrobić. Będę miał kwas na twarzy a w środku będę się gotował. Oberwie się pewnie komuś niewinnemu, bo nie utrzymam nerwów na wodzy. Nie ma szans…. No chyba, że wypiję z nimi…. Wtedy mi się oberwie. No i jak dobrze pójdzie, to wrócę bez kaca a jak nie pójdzie dobrze to będę się męczył kilka dni….

Spakowałem wędki, kupiłem robale i zanętę. Wsiadłem w auto z miną męczennika i pojechałem w Bieszczady. Będę siedział nad wodą i patrzył na stojący na niej spławik, paląc papierosa za papierosem. Będę słuchał dochodzących z każdego kierunku śpiewów i muzyki…. albo kurwa zatkam uszy…. Bieszczady już nie są cichą ostoją… Tzw. długie weekendy zmieniają je w rykowisko brzuchatych samców rodem z miasta.

Auto już załadowane po dach. Ruszam ze ściskiem w sercu. Nie idzie mi w pracy, gdzieś tam skrada się już komornik. Co zarobię, to wydam na zaległości. Od siedzenia w domu wyrósł mi bandzioch taki, że nie wygodnie mi w cholernym siedzeniu. Niby wiosna piękna w tym roku. Tylko mi jakoś szaro. Czuję się mały. Czuję się nic nie wart. Wpatruję się tępo w drogę przed sobą i nie obchodzi mnie co się dzieje i gdzie jedziemy. Nie widzę nic, prócz szarości asfaltu nawijanego na koła starego klekota. Rośnie we mnie złość i desperacja…. Co rano z moich zatok wypada duży skrzep. Kolejna operacja guza zbliża się nieubłaganie… Żebym choć mógł wyjechać z Polski. Może w rok odrobiłbym straty. Jakoś stanąłbym na nogi. Nie mogę…

Jedziemy dalej… coś ściska mi gardło. Nie dam rady dłużej. Czemu nie skombinowałem jakiejś flaszki? Młot ze mnie. Żaden ze mnie facet. Babie się nie potrafię postawić. Kasy nie zarabiam. Brzuch mnie kurwa uwiera.

Odpinam pas. Odkładam go spokojnie na bok. Ewa rzuca mi spojrzenie i jedzie nadal a ja myślę w którym miejscu wyskoczyć. Tak żeby było szybko. Jeb !! i koniec. Nie mogę tego z siebie wykrztusić. Więźnie mi w gardle “przepraszam”, tylko mi jakoś łzy do oczu napływają…. Zaciskam pięści do białości.  Marzę o locie z zapory w Solinie. Rozłożyć ręce i lecieć. Nabrać powietrza po raz ostatni i patrzeć przed siebie…

Wracamy ? słyszę niepewne pytanie Ewy… wyrywa mnie to z letargu. Jesteśmy niemal na miejscu… Nie wracamy.

Rozpakowani, telewizja działa, internet też. Właściwie jest jak w domu, ale nie w domu… bo w Bieszczadach… One poszły przywitać się do domku obok. Ja zostałem tutaj. Czuję się czasami jak piąte koło – w dodatku z dziurą. Tam wiedzą, że ja mam problem. Od dawna mają wciskane, że mi nie wolno polewać. Siedzę więc sam… jest 22.11 i coś mnie boli w środku jak jasny chuj. Zrozumiałem, że wolność straciłem na zawsze i szczery, beztroski uśmiech nie zagości nigdy na mojej twarzy.

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial