UPODLENIE – JAK BOLI UPADEK

Wiem już, że czeka mnie długie i niepewne leczenie. Nie przerywam budowy domu, sporadycznie piję i biorę prochy na spanie. Zawsze da się receptę wyłudzić. Żaden lekarz nie robi większych problemów, gdy się poprosi o benzodiazepiny, czy coś na sen. Nikt nie przejmuje się tym, że ten syf wyniszcza mózg i silnie uzależnia a można go brać najwyżej miesiąc. Ja z przerwami brałem już kilka lat. Życie zaczęło przypominać huśtawkę… i to taką starą, z piszczącymi łożyskami i ruszającą się podstawą. Czasami zawisałem na chwilę w górze i pracowałem ile tylko mogłem, zupełnie jakbym chciał okręcić się dookoła rurki… albo huśtawka zbyt słaba, albo ja nie jestem akrobatą… w końcu zawsze czekała mnie gleba.  Kiedy pracowałem ponad siły rosło zmęczenie i frustracja. Działał jeden z  mechanizmów choroby alkoholowej, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Tyrasz jak wół – należy Ci się nagroda. Napięcie rosło, umysł poszukiwał pretekstów by dorwać się do zimnego piwka. Takiego prosto z lodówki, koniecznie w szkle. Pretekst zawsze się znalazł. Czasami były zmyślone, aby tylko były – kumpla nie widziałem pół roku… kuzyna imieniny… i tym podobne żałosności.  Takie picie nie było niczym ciężkim. Kilka piw i do domu. Gorzej kiedy faktycznie spadałem z huśtawki wprost na ten głupi łeb. Kiedy ktoś lub coś kopnęło w podstawę i wszystko waliło się w pył. Wtedy głupiałem.  Picie przypominało napad szału. Przeliczenie kasy i szybkie przełożenie na korzyści procentowe. Zorganizowanie w myślach miejsca. Plecak na plecy, naładowany telefon i w długą…. Najtańsze piwo z dużym procentem, ile tylko zdołam unieść, paczka fajek, albo i dwie, i ruszam w trasę.

Przysiadam gdzieś na kamieniu w szczerym polu i zaczynam spijać gorzkie promile z puszki. ( Puszki są poręczniejsze, choć piwo gorsze ).  Pierwsze wypijam na raz, drugie na dwa razy… Przyjemne mrowienie rozlewa się po ciele.  Staję się kimś innym. Przybywa mi pewności siebie. Myśli stają się jaśniejsze. Cokolwiek zwaliło mnie z mojej huśtawki przestaje się liczyć. Teraz jestem tym facetem sprzed kilku lat. Elokwentnym, wygadanym, tryskającym optymizmem…. Dzwonię… Przeglądam listę…. Może ktoś się ze mną dziś napije. Zawsze to raźniej we dwójkę… Nic z tego… Nikt już nie chce ze mną pić. Każdy ma jakieś zajęcia i chce się spotkać za tydzień, dwa, może w weekend… Cieniasy kurwa… W dupie was mam wszystkich…. Piję kolejne i dzwonie dalej… Chcę wrócić do chwil, sprzed wypadku, sprzed więzienia… Do chwil, kiedy moje życie było jeszcze zwyczajnym zjadaniem chleba. Rozmawiam długo… o wszystkim i o niczym. Leją się ciepłe słowa i wspomnienia minionych lat. Śmieję się głośno popijając mój nektar cały czas. Liczę puszki w plecaku. Mało… ciągle mało. Trzeba iść dalej… może do knajpy, może do sklepu ale trzeba iść. Jeszcze nic nie wypiłem, czuję się świetnie, tryskam humorem… Przerywam rozmowę aby dokonać zakupu i idę dalej zadowolony z zaopatrzenia. W telefonie mam już z dziesięć nieodebranych telefonów od Ewy i kilka od ojca. Trzeba zadzwonić, ale to będzie awantura. Przecież tak mnie wkurwiła… a ja nie chcę się kłócić… Dzwonię… jeszcze jestem grzeczny ale zauważam, że nie mogę poprawnie wypowiadać słów choć przysiągłbym, że jeszcze przed chwilą mówiłem jak prezenter RMF. Obiecuję, że nie wypiję już więcej ( o taki chuj ) i kończę rozmowę. Piję dalej… robi się późno.. nikt o tej porze już nie zechce ze mną porozmawiać, ale ja muszę. Czuję się opuszczony. Nikt mnie nie rozumie, muszę się wygadać. Może Marta… ona nie sypia tak wcześnie. Może Piotrek… kto wie. Może Przemek albo Beata… Nikt nie odbiera. Trzeba do knajpy. Tam są ludzie. Zawsze spotkam kogoś znajomego. Gdzie jeszcze jest czynne. Idę… gdziekolwiek, byle nie do domu. Tam czeka mnie awantura a ja tego nie chcę. Odkładam to na jutro. Nie obchodzi mnie dom. Nikt i nic się nie liczy!!! Jestem tylko ja ! JA ! JA! po tysiąckroć JA! Mogę wszystko. Mam kasę i klasę. Jestem prawie bogiem. W knajpie przeplatanka wódki z piwem i gadki w przypadkowo poznanymi ludźmi aż do zamknięcia… Jeszcze kilka piw na wynos. Przecież coś muszę mieć na rano. Toczę się do domu. Nie wiem jak, nie wiem z kim docieram pod drzwi. Już dawno minęła druga. Wchodzę po cichu, zapalam światło i… pusto… Ewa nie czekała nawet na moje zwłoki. Poszła sobie. Niech ją szlag trafi. Wkurwia mnie tylko !!! Tyram jak wół na dwa fronty a ta mi się z domu wynosi. Chuj z nią… Pierdolę to wszystko…. Spać…

Otwieram oczy. Stoi nade mną…. Dobrze się bawiłeś ? Ironia cieknie po podłodze…. Bełkoczę coś w odpowiedzi na którą ona nie czeka… Michał ja się wyprowadzam na dobre ! Zrób coś z sobą ! Lecz się ! Cześć…. Jestem wściekły. Nakrywam się kocem i czekam. W pokoju obok szeleszczą torby. Pakuje się. Niech spierdala !!! Dam sobie radę… Zawsze dam sobie radę. Po chwili jestem sam.  Mam jeszcze piwo. Kilka piw… Tylko gdzie ja je…. Jest !! Całuję puszkę. Łyk i ledwo zdążam do łazienki. Wymiotuję żółcią do wanny. Kurwa nie jest dobrze…. ale nie dam się… i tak idę na budowę. Dziś sobota. Do poniedziałku będę “nówka”.  Plecak na plecy i idę. Będę robił, żeby nie wiem co. Po drodze idzie trzy piwa. W plecaku mam dziesięć. Wystarczy…. Przebieram się… boli mnie głowa ale dam radę. Dam radę…. Dam radę…. Tylko co dam radę ?? Co ja właściwie mam tu robić… Chodzę wokół fundamentu i nie wiem za co się zabrać. Chowam piwo gdzie się da, żeby mnie tu nie nakryli z taką kontrabandą.  Siadam na fotelu na szczycie górki i patrzę na zachód. Jak tu pięknie… Czego oni wszyscy chcą ode mnie ? Przecież ja sobie tylko spokojnie piwo piję… Godziny mijają w bezruchu. Nawet papierosy smakują mi dobrze…  Robi się zimno… Pora wracać… Tylko gdzie… do tej pustej nory ?? Po drodze jest jeszcze knajpa.

Padam na łóżko w ubraniach i tak się budzę.  Niedziela… Już wiem, że w poniedziałek nie pójdę do pracy. Nie da rady. Trzeba się leczyć. Tylko jak dojść do sklepu… Jest jeszcze melina w bloku… Tanio i mocne… Pasuje mi to. Po chwili mam flaszkę i dwa litrowe piwa. Będzie dobrze… Nie ma nikogo… Oni mnie nie chcą, nie rozumieją. Zostawili mnie. Dam radę. Tracę świadomość….  Budzą mnie torsje i mieszanina myśli splątanych nie do opisania. Te same co zawsze… więzienie, szpital, wypadek, jak do niego doszło… zostawiła mnie… mam w dupie… sięgam po flaszkę… Telefon nie dzwonił cały dzień…. Kilka łyków wódki i w piersiach się rozluźnia. Szum w uszach ustępuje. Na korytarzu słyszę rozmowy. Nie chcę być sam. Zaproszę ich. Nie znam ale poznam. Siedzimy do późna. W dobrych humorach wychodzą z zadymionego mieszkania a ja idę jeszcze na melinę. Przecież rano będzie bardzo ciężko… bardzo…  Poniedziałek mija na wędrówkach pomiędzy kiblem, łazienką, skrytką z flaszkami i meliną. Chwilami śpię, czasami płaczę, czasami nie wiem gdzie jestem. Czasami marzę o minionych latach. Czterdzieści pięć kilometrów dziennie na rowerze po górach, siłownia… koło setki na klatę…. Żadnych papierosów, żadnego piwa…… Wybudzam się…. jest jeszcze trochę… Wtorek… Dzwoni ojciec. Okazuje się, że był tu z Ewą kiedy spałem. Trzeba jechać w teren…. Jak ?! Nie dam rady !! Michał musimy jechać !! Dobra… ogarnę się jakoś. Przyjeżdża po mnie za godzinę. Mam lęki… Nie wytrzymam. Muszę mieć przynajmniej piwo. Ubłagałem go po drodze. Jedno… Muszę wnieść na sporą górkę sprzęt pomiarowy, ustawić, zaprogramować i przeprowadzić pomiar. Idę i się modlę. Boże pozwól mi to przeżyć… po chwili zmieniam zdanie… a chuj niech się dzieje co chce… mogę tu zdechnąć.  Udało się… Po szesnastej zatrzasnęły się za mną drzwi. Mam nadzieję, że dostanę browar na dole… Jest !!! Jestem uratowany…

Środa przywitała mnie połączeniem kaca i obłędu Nie wiedziałem nawet, że to środa….. Picia więcej nie zniosę a bez wódki umrę. Wiem, że układ nerwowy pracuje już na alkoholu. Kiedy go zabraknie zaczną się katusze. Nie jadłem nic od piątku. Spodnie spadają ze mnie…. pierwszy raz w życiu piłem 5 dni bez jedzenia.  I co się stało z Ewą ? Gdzie jest Jula ? Dlaczego chleb pozieleniał a na kuchni skisła zupa ? Nie mam nawet mineralnej. Kto wypalił dziurę w łóżku?

Kilka dni zlało się w jeden pijacki zwid. Miejsca w których byłem, ludzie z którymi rozmawiałem… Nie pamiętam twarzy ani imion. Ktoś tu był… ale kto ?  Przecież dzisiaj sobota… Trzeba tu posprzątać… I gdzie do cholery jest Ewa ??? …..  Włączony komputer pokazuje, że to środa a nie sobota. W głowie świta mi, że zawaliłem… i to mocno. Nie chcę już pić, ale nie wiem jak przestać. Boję się drgawek i zawału. Boję się własnych myśli. Próbuję wstać. Nie jest łatwo. Albo ważę tonę, albo jestem tak słaby…. Chyba jestem słaby…  Czuję zgagę, coś przelewa mi się we wnętrznościach. Muszę mieć choć kilka kropel wódki, żeby poskładać myśli. Nienawidzę siebie. Od kilku dni się nie myłem. Historia się powtarza. Krople do oczu już nie pomagają. Idąc do sklepu nie potrafię iść prosto nawet o poranku. Coś rzuca mną we wszystkie strony. Staję przed przejściem dla pieszych i rozglądam się. Kilka razy. Nie wierzę swoim oczom. W sklepie już tylko dwa piwa i małpka. Musi wystarczyć. Drżę. Cały. Kupiłem pasztet. Może uda się zjeść cokolwiek.

Nie udało się. Wieczorem, miałem odwiedziny gości z bloku. Przyszli się napić. Pobudka i bieg do łazienki. Znów do wanny. Do ubikacji jest za daleko. Nie dobiegłbym.  Koledzy byli dobrzy. Zostawili trochę na dnie flaszki i dwa duże piwa w schowku.

Tracę kontakt z rzeczywistością. Nie chcę już pić od kilku dni. Muszę, bo umrę. Takie przeświadczenie pcha mnie do kolejnych butelek. Z moich myśli zniknęły dwie ukochane dziewczyny. Zniknęła moja firma, mój tato, moje marzenia o byciu mężczyzną. Mam kolejną flaszeczkę ale piję z nienawiścią do samego siebie. Wiem, że w końcu muszę przejść przez tą gehennę i wytrzeźwieć.  Zmniejszam dawki wypijanej wódki. Piję tylko wtedy, kiedy zaczynam się dusić. Ciało pali mnie całe. Skóra jest czerwona. Uderzenia serca czuję od palców stóp do czubka głowy. Chodzę po mieszkaniu. Chodzę spanikowany. Nie wiem co dalej. Jak wytrzeźwieć ? Jak dalej żyć ? Łykam witaminy, jem cukier i biegam o ubikacji. Wylatuje ze mnie ze wszystkich stron… Staram się powstrzymać potok myśli… Gdzie jest Ewa ? Co robi ? Czy już mnie przekreśliła? Gdzie jest Jula ? Co teraz myśli ? Czy myśli o mnie ? Czy ma mnie już w nosie ? Nie zasłużyłem sobie na miano ojca. Jestem szmatą. Jestem ścierwem ludzkim…

Próbuję dzwonić. Ewa niechętnie ze mną rozmawia…. Weź się w garść Michał !!! Wezmę się…. przysięgam… wezmę się…

Zbieram swoje narzędzia i wkopuję swoją huśtawkę na miejsce. Poprawiam siedzisko i zaczynam się bujać. Tym razem się nie dam. Przestanę oszukiwać, przestanę pić, będzie tylko praca, posiłek i sen… Marzę o domu, o tym żeby czuć jego ciepło, żeby moja żona ufała mi jak dawniej, żeby moja córeczka uśmiechała się do mnie jak kiedyś… Marzę o wydajnej pracy, o dumnie przynoszonych do domu pieniążkach. Wciąż mam przed oczami  obrazy z przeszłości. Nie jestem złym człowiekiem. Kocham ludzi, kocham góry, lubię pracować, żeglować, majsterkować. Nie jestem tym śmierdzącym typem, trzęsącym się pod kocem….. Mdli mnie… biorę Sedam. Postaram się wyspać… Jutro już ani kropli…

Huśtawka stoi a ja niepewnie na niej siadam. Zaczynam od nowa. Ciężko oddycham i myślę z trudem. Z każdym ruchem jest lepiej. Składam porozbijany dom po raz n-ty. Poskładam !!! Uda mi się.

Owszem udało mi się… na chwilę. Na kilka tygodni…

Jak boli upadek ?  Tracę zaufanie tych, których kocham. Tracę grunt pod nogami i gubię się w życiowych obowiązkach. W pewnym momencie, jedynymi przyjaciółmi są ludzie, poznani w internecie, którzy spędzają ze mną czas, kibicują mi, nierzadko poświęcają się dla mnie, by mi pomóc, ale ich też zawodzę. Boli cała dusza, boli serce…. a ciało ? Jestem sponiewierany przez wódkę. Mam potężne nadciśnienie, które ledwie opanowuje lekami. Serce wpada w arytmię i właściwie żyje własnym życiem. Nie mam kondycji… Czterysta metrów biegiem mogłoby mnie zabić… Wyglądam jak cień faceta, którym kiedyś byłem. Wszystkie mięśnie są sflaczałe a pod skórą pokłady paskudnego tłuszczu. W lustrze widzę czerwoną twarz z workami pod oczami i wydatnym podbródkiem.  W głowie mam luki. Nie pamiętam z kim i o czym rozmawiałem. Nie pamiętam twarzy, nie pamiętam składanych deklaracji. Mam zaburzenia równowagi. Z jakiegoś powodu będąc trzeźwym nie potrafię już iść prosto. Boję się ludzi. Teraz, kiedy to piszę, udziela mi się ten stan i zastanawiam się, czy nie mam gdzieś benzodiazepin….

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial