UPODLENIE – KU PRZESTRODZE

Gwoli wstępu kilka słów o sobie. Nazywam się Michał i mam niemal 36 lat. Jestem żonaty i mam śliczną córeczkę.  Mam wyrok za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym pod wpływem alkoholu, leczę nowotwór i uzależnienie od środków uspokajających i alkoholu. Jestem alkoholikiem, który zniszczył niemal wszystko. Mogłem zdobywać góry a leżę na dnie. Nikt mi nie ufa, straciłem wielu przyjaciół. Niemal przepiłem rodzinę, niemal straciłem życie. Fantazjuję o śmierci jak o wybawieniu z mroku alkoholicznych wspomnień.  Ten blog piszę ku przestrodze dla innych ale też piszę go dla siebie, aby się odkryć, odnaleźć nową drogę, wyjść z mroku, odzyskać spokój, odnaleźć człowieka, którym byłem zanim pochłonęły mnie odmęty pijaństwa, zanim zacząłem żyć w świecie urojeń i kłamstw, w świecie pozbawionym nadziei. Zaczynajmy…..

 

Można upodlić się na wiele sposobów. U mnie padło na alkohol. Przez lata odbiera mi po kolei wszystko co stworzyłem. Rozbija moją rodzinę, niszczy zaufanie wypruwa mnie od środka. Będąc nastolatkiem uprawiałem kilka sportów. Biegałem, jeździłem na rowerach i dużo pływałem i ćwiczyłem na siłowni. Byłem w wyśmienitej formie. Okaz zdrowia… To było dawno zanim poznałem smak piwa i wódki. Zaczęło się to niewinnie w wieku około 17 lat od tzw. picia towarzyskiego. Fajnie było poczuć ten luz, zastrzyk energii, poczucie beztroski. Jestem wielki !!! Mogę wszystko !!! Jestem niezniszczalny!!!  Na drugi dzień lekka zmuła, jogurcik i było po sprawie. Mój organizm szybko nauczył się pochłaniać coraz większe ilości wszelkich alkoholi. Szczyciłem się tym że potrafiłem wypić 15 piw czy litr wódki. Tylko czy było się czym szczycić ? Dziś wiem, że nie ale wtedy to było powód do dumy. Nie byłem świadomy że już wtedy w moim mózgu zaszły nieodwracalne zmiany, które nie cofną się nigdy. W najczarniejszych myślach nie przychodziło mi do głowy, że kiedyś zginie mój kolega, bo skuszę się na wódkę po lekach.  Nie widziałem takiej opcji, żebym miał trafić do celi na ponad rok. Wtedy to była zabawa i tyle.  Już pod koniec lat 90-tych moje wyjazdy w góry kojarzyły się z piciem. Coraz mniej chodziłem po górach a więcej przesiadywałem pod wioskowymi sklepikami z piwem.  Kiedy stałem się alkoholikiem nie wiem. Chyba nikt tego nie wie. Granica jest tak cienka, że tylko specjaliści mogą ją określić ale i to nie z małym trudem. Każdy ma bowiem zbiór cech indywidualnych i każdy wchodzi w nałóg w inny sposób.

W wieku dwudziestu kilku lat piło mi się całkiem przyjemnie, nie cierpiałem mocnych kaców, byłem zadowolony z życia. Kochany piąteczek i piwko w pubie stało się normą – i cóż w tym złego – przecież wszyscy tak robią… Potem jeszcze dokładka w sobotę i niedziela z rosołkiem u mamy. Moja żona Ewa długo też nie dostrzegała problemu. W knajpach bywaliśmy razem. Zakochani, bez problemów, bez kompleksów, bez bagażu złych doświadczeń. Zaczęła zwracać mi uwagę kiedy w tygodniu zacząłem przynosić piwo do domu. No co ? Przecież wszyscy tak robią !! Czy naprawdę…. raczej nie, ale łatwo jest upraszczać aby tylko wytłumaczyć sobie, że mi można.  Było tego coraz więcej, częściej i do urwania filmu…  Tutaj w Bieszczadach nie jest łatwo o pracę więc wyemigrowałem do UK… Wsiadając do autobusu miałem kaca, 40 funtów i małą torbę z rzeczami. Wysiadając w Londynie kaca miałem jeszcze większego… Coś przecież trzeba robić przez drogę. Z pracą bywało bardzo różnie na początku. Dwa miesiące upłynęły mi na tęsknocie za domem, tyraniu po 14 godzin dziennie i zapijaniu smutków.  W głowie roiły mi się niestworzone rzeczy, nienawidziłem siebie, czułem się jak nieudacznik, który nie mógł sobie poradzić w Polsce i uciekł. Moja Jula miała raptem rok kiedy zniknąłem…. Dostałem kontrakt i zaczęły się sypać normalne pieniążki ale… alkohol był wszędzie. Przynosiłem po 24 puszki piwa i chowałem pod łóżko, żeby szwagierka nie widziała. Chodziłem do pobliskich parków i piłem…. Jedno za drugim a jak brakło to zawsze jakiś ciapak miał za funta puszkę szczęścia. Zacząłem robić się agresywny. Zarówno po piciu jak i na trzeźwo. W mojej głowie kotłowały się myśli różne. Włącznie z samobójstwem. Wtedy po raz pierwszy postanowiłem się leczyć. Pojechałem do Polski, udałem się do psychiatry. Cała reklamówka leków i bezwzględny zakaz picia. To był wspaniały okres w moim życiu. Zacząłem ćwiczyć, biegać, odzyskałem kondycję i schudłem. Czułem się mocny pod każdym względem. Gdy teraz sięgam pamięcią do tamtych czasów, czuję ukojenie, wiosnę w środku zimy. Tyle że to się nie wróci. Nigdy. Po roku leczenia odstawiłem leki i… napiłem się. To był błąd. Już po kilku tygodniach piłem na umór. Skończyło się bieganie, nie było mowy o ćwiczeniach.  był koniec roku 2006….

W 2007 wróciłem do Polski z odrobiną oszczędności i sprzętem geodezyjnym… Założyłem firmę i poszedłem na studia. Nie było lekko. W tygodniu praca w weekendy szkoła. W to wszystko oczywiście wplatało się picie. Nie wytrzymywałem tempa – tym się  usprawiedliwiałem. W szkole pili niemal wszyscy, więc było wesoło, jednak nie czułem się już po piciu zbyt dobrze. Zaczęły przytrafiać się ciągi dwu potem trzydniowe. Jeszcze wtedy nie zawalałem pracy czy studiów przez picie. Pewnie byłem mniej wydajny ale nie zawalałem. W życie jednak wkradł się pretensjonalizm, nerwowość i coś nowego… bezsenność. Cierpiałem na bóle głowy i nie mogłem swobodnie oddychać. Dusiłem się nocami, bałem się nocy. Zacząłem brać leki nasenne ale i to było mało. Dołączyłem Afobam, od którego szybko się uzależniłem i przestał na mnie działać w normalnych dawkach. Nic nie działało tak kojąco jak duża dawka Afobamu (lek z gruby benzodiazepin) i kilka piw. Czułem się jak młody bóg. Mogłem wtedy wszystko. Wydawało mi się, ze mam rozjaśniony umysł, że tryskam elokwencją. Jednak to był początek prawdziwego dramatu. Bóle głowy nawracały. Diagnozowano u mnie zapalenia zatok. Raz za razem. Byłem faszerowany antybiotykami, które pomagały na chwilę. Potem nos znowu stawał się niedrożny. Nie rozstawałem się z Otrivinem i wodą mineralną. Oddychając ustami miałem ciągle wysuszoną śluzówkę i piłem wodę bez przerwy. Może gdyby wtedy ktoś zdiagnozował u mnie nowotwór, wszystko potoczyłoby się inaczej. Teraz nie ma co gdybać. Lekarze popełnili błąd a ja dołożyłem całe wiadro głupoty to tego co wydarzyło się później.  Pojechałem znów do psychiatry. Dostałem całą masę leków. Nie przyznałem się że piję. Zresztą stwierdziłem, że podobnie jak w UK odstawię  alkohol i będzie dobrze. Tyle, że byłem już tak mocno uzależniony iż nie udało mi się.  Piłem mniej ale jednak piłem.

Tragedia

Była połowa maja 2010 roku. Pojechałem z kolegą nad Solinę do pracy. W planie była opcja pozostania na noc. Noc okazała się tragiczną i ostatnią dla mojego kolegi Daniela.  Nie wiem jak doszło do wypadku, ale faktem jest, że leki – bardzo mocne leki zapiłem alkoholem. Co się działo później wiem tylko z relacji świadków w sądzie. Ocknąłem się w tonącym samochodzie. Udało mi się wydostać. Jemu nie.  Utonął.

Kajdany i cela

Byłem półprzytomny ze strachu, pozbawiony nagle wolności, wrzucony do pustej celi bez leków, bez kontaktu z rodziną. Zostałem sam. Ciężko opisać co czułem wtedy. Wiedziałem, że to nie przelewki, że czeka mnie sąd i więzienie. Łudziłem się, że pozwolą mi odpowiadać z wolnej stopy, tak jednak się nie stało. Stanąłem przed sądem, który aresztował mnie na dwa miesiące. Czym jest areszt wie mało kto. Przeszedłem przez kilka okienek, gdzie odebrano mi dokumenty i pieniądze. Byłem brudny, nie myłem się od trzech dni. Wyprosiłem łaźnię. Dostałem trzy materace (materki), poduszkę (zabaniak) prześcieradła (prześciółki), zestaw naczyń. Wniosłem to na drugie piętro Aresztu Śledczego. Gad otworzył celę i kazał wejść do środka. Było ciemno i pełno dymu tytoniowego. Ja miałem tylko 5 papierosów. Posypały się propozycje wymiany. Ktoś pokazał mi “kojo” i szafkę. Rozpakowałem się.  Byłem w szoku i nie wiedziałem czy za chwilę ktoś mnie pobije, okradnie… Bałem się każdej minuty. Jakoś się jednak wkręciłem w życie celi. Były gry w karty za szlugi oczywiście, było też Monopoly jedyne rozrywki… aaa zapomniałbym o najważniejszym. Było też “szkiełko” czyli telewizorek. Przez kilka godzin dziennie włączali nam prąd więc można było popatrzeć w szkło. Ja byłem świeżakiem więc miałem narzucone obowiązki. Zamiatanie “plaży” (podłogi) i sprzątanie “kąta” (ubikacja). Ubikacje nie miały drzwi więc przed pójściem należało zameldować otwarcie muszli. Gdyby ktoś jadł czy pił w tym czasie uznane by to było za coś niedopuszczalnego i można było dostać łomot. Mury miały chyba z 80 cm grubości a przy drzwiach były ślady krwi. To karateka, gwałciciel został potraktowany “fikołoami” (krzesłami) i ledwie uszedł z życiem. Bałem się. Bałem się głośno mówić, bałem się że zrobię coś nie tak, że się narażę… Wieczorami w oczach pojawiały się łzy. Nie mogłem opanować bólu tęsknoty i żalu. Kryłem się z tym, bo to oznaka słabości. Przeniesiono mnie do innej celi po dwóch dniach. Tam było spokojniej. Trzech dziadków, młody Białorusin Andrej i koleś zwany rzeźnikiem z Lubli czy Fryszkataka… nie pamiętam dokładnie. Mieliśmy jedną zniszczoną talię kart, nie było szkiełka ani czajnika ale było jaśniej i czysto.

Poszedłem na spacer. Przysługiwała mi godzina dziennie ale można było napisać prośbę o dodatkową godzinę, co też szybko zrobiłem. Ciężko nazwać to spacerniakiem. Nawet nad głowami mieliśmy siatki stalowe. Po wyjściu z celi i przed wejściem byliśmy przeszukiwani. Chodziliśmy w kółko jak jakieś małpy w klatce. Niektóre spacerniaki były tak małe jak moja cela. Mieścił się ledwie stół do ping-ponga . Spoglądałem w niebo i marzyłem o tym co jest za murami. Byłem w środku swojego miasta o kilkaset metrów od biura w którym pracowałem. Przypominało mi się wszystko co robiłem jeszcze tak niedawno. Jak narzekałem na brak czasu, jak byłem wkurzony, że mi coś tam nie wyszło. Jakie to miało tutaj znaczenie. Myślałem kim będę, kiedy ten koszmar się skończy…. a on miał trwać.  Nie można było dzwonić, można było tylko pisać. Listy były kontrolowane. Trafiały do prokuratury a dopiero po ocenzurowaniu do adresata więc trwało to tygodniami.  Pisałem cały czas, od rana do wieczora. Nie chciałem zwariować, chciałem zachować człowieczeńswo.

Nigdy nie mówili, że czekają nas jakieś czynności procesowe. Dowiadywaliśmy się rano, kiedy zamiast śniadania dostawaliśmy worek z prowiantem na cały dzień. Wtedy było wiadomo, że jest wyjazd. Na wyjazd można było się lepiej ubrać. To była okazja, żeby zobaczyć normalny świat, wolnych ludzi. Policjanci wiedzieli, że nie jestem niebezpieczny więc w samochodzie jechałem bez kajdanek, ale już przy wysiadaniu z auta byłem w nie zakuwany. Czasami pozwolili mi zapalić stojąc gdzieś pod przychodnią, czy sądem. To były piękne chwile. Wstydziłem się kajdanek ale co mi tam… trudno. Podczas jazdy wypatrywałem przez kratki znajomych miejsc i ludzi. To było zawsze duże przeżycie.

Po kilku tygodniach przywykłem do celi, spacerniaków, gry w karty. Po dokładnie trzech tygodniach aresztu prokurator dał zgodę mojej żonie na widzenie. Otworzyły się drzwi i usłyszałem swoje nazwisko z dodatkiem “przygotować się na widzenie”. Na “gadówie” (pomieszczenie strażników) trzeba było się rozebrać do naga. Tak… sprawdzali wszędzie.        Płakaliśmy oboje. Trudno było wydusić z siebie jakieś słowo. Padały chaotyczne pytania. Jak w domu, co się o mnie mówi, co z dzieckiem… co dalej robić, jakiego wziąć adwokata, że złożono zażalenie na mój areszt… Ewa wyglądała pięknie. Tak bardzo różniła się od więziennej szarości. Szykowała się specjalnie dla mnie. Widziałem że cierpi. Pytała czy to ja wjechałem do wody a ja nie wiedziałem. Miałem wrażenie, że spałem kiedy to się stało, że obudził mnie wstrząs… Nie wiedziałem… przeczuwałem, że mnie skażą.,, Groziło mi do 12 lat pozbawienia wolności. Na myśl o takim czasie spędzonym w więziennych murach uginały się pode mną nogi. Miałem myśli samobójcze. Spotkania bardzo szybko dobiegały końca a ja wracałem oszołomiony do celi. Zawsze chciało mi się wyć. Dlaczego ja !!! Przecież nie jestem bandytą !!! Za co mnie to spotkało ??!!  Pracowałem ciężko, uczyłem się, byłem tylko zwykłym człowieczkiem w trybach życia. Teraz wpadłem w inne tryby. Bezlitosne, twarde, zimne i brudne. Musiałem się z tym pogodzić.

Dostałem się do lekarza psychiatry. Dostałem prochy na sen i na uspokojenie. No tak… Tutaj nie zapiję ich wódką. Było bezpiecznie. Każdego dnia powtarzałem sobie, że nigdy w życiu nie sięgnę już po alkohol. Powtarzałem to jak mantrę aż uwierzyłem w to całkowicie. Zacząłem chorować. Zapalenia oskrzeli i płuc. Nie mogłem oddychać, załatwiłem sobie lek podobny do Otrivinu. Pod moim kojem zawsze stał zapas wody. Choroba rozwijała się w najlepsze ale na konkretne badania nie było najmniejszych szans. Ja ledwo dochodziłem do siebie i chorowałem od nowa.

Mijało lato. Pod celą było raz lepiej raz gorzej. Co chwilę zmieniał się nam skład. Trafiali się tam ludzie, którzy urodzili się najwidoczniej bez mózgów, zdemoralizowani, bezwzględni, fałszywi i kłótliwi. Na jedną osobę przypadało 2,5 metra kwadratowego powierzchni więc dwóch wariatów potrafiło zdestabilizować życie całej celi.  Któregoś dnia wrzucili nam alkoholika wielkiej postury, będącego na potwornym kacu. Wymiotował, krzyczał, awanturował się z gadami. W celi zaczęły ginąć rzeczy. Głównie papierosy. Papierosy to waluta więzienna. Można mieć wręcz swoich żołnierzy, kiedy ma się dostęp do papierosów. W każdym razie pozbyliśmy się go z celi. Poszedł w miejsce gdzie szybko sprowadzili go na ziemię.

 

Był 6 lipca 2010. Wezwano mnie do pokoju przesłuchań. Był tam policjant z Aktami mojej sprawy. Nie wiem czy było to zrobione celowo ale to były moje urodziny i tego dnia pokazano mi duże kolorowe zdjęcia z sekcji zwłok Daniela.  Widok był przerażający i pozostanie w mojej pamięci już na zawsze. Dobrze, że tego samego dnia moje dwie Ewy – mama i żona dostały zgody na widzenie. To jakoś pozwoliło mi przetrwać szok.

 

Dużo myślałem o alkoholu ale nie dopuszczałem do siebie myśli, że jestem uzależniony. Mogę pić i mogę nie pić i powiedziałem sobie, że nie będę i kropka. Skoro przez moją głupotę życie stracił porządny, młody  chłopak ja nigdy już nie pozwolę alkoholowi wtargnąć w moje życie. To było postanowione.  Przepraszałem. Przepraszałem wszystkich. Moją rodzinę, moich bliskich i na swoją zgubę rodzinę Daniela. Prokurator uznał że to przyznanie się do winy… Naiwny byłem.

Proces przebiegał w kilku odsłonach. Przesłuchania – kpina z wymiaru sprawiedliwości no i wyrok. Cztery i pół roku pozbawienia wolności oraz odebrania prawa jazdy na okres 8 lat. Wróciłem pod celę załamany. Namówili mnie, żebym podpisał warunki wykonania kary i zszedł na oddział karny. Tak też zrobiłem. Teraz co drugi dzień mogłem dzwonić na 5 minut do domu. To było jak piękny, krótki sen… Odkładałem słuchawkę i kończył się a w oczach świeciły się łzy… niemal zawsze.

Trzy tygodnie czekałem na przeprowadzkę do zakładu typu półotwartego. Bałem się znowu. Jak tam będzie, kogo spotkam, na jakiego świra trafię… Same niewiadome.

 

 

 

Pomóż innym !! Udostępnij na:

3 komentarze

  • ~ona ze snu

    4 kwietnia 2014 at 12:20 Odpowiedz

    …trzymam kciuki za powodzenie…zawsze…

  • ~anetta

    4 kwietnia 2014 at 13:13 Odpowiedz

    ..można się zaczytać….zawsze..

  • ~N

    6 stycznia 2017 at 15:00 Odpowiedz

    Jeszcze żony powinny napisać taki blog,żeby wszyscy wiedzieli co my czujemy na wolności i same …:(

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial