UPODLENIE – JESTEM WOLNY – NIE DO KOŃCA….

Już w trzy dni po wyjściu byłem pijany. Przecież po roku abstynencji można sobie pozwolić na kilka piw. Wcale nie smakowały jakoś cudownie i byłem mocno zawiedziony tym faktem. Gdzie podziały się moje deklaracje o abstynencji? Nie wiem. Zachłysnąłem się wolnością. Przez tydzień byłem w domu. Nie wróciłem do pracy. Bałem się ludzi. Bałem się tłumów. Miałem problemy żeby wejść do zatłoczonego sklepu. Wydawało mi się, że każdy się na mnie patrzy. Tak ! Oni wszyscy wiedzą, że to ja, bandyta, który zabił kolegę. Jak on śmie pokazywać się publicznie. Myślałem, że za chwilę ktoś napluje mi w twarz, albo wręcz pobije. Czułem się osaczony nienawistnymi spojrzeniami. To działo się w mojej głowie, bo tak naprawdę nikt nie zwracał na mnie uwagi. Ja jednak czułem się niepewnie. Nie wiedziałem jak to będzie wrócić do pracy, jak popatrzę moim pracownikom w oczy. Jak wygląda moje biuro ? Czy będę w stanie usiąść za biurkiem i pracować? Jak będę się czuł w terenie?  Radość z wolności rozpłynęła się w lękach, bezsenności o obawach o przyszłość. Przecież dali mi tylko pół roku. Jak ja tam wrócę ? Myśl goniła myśl. Przebłyski normalności przeplatały się ze stanami lękowymi i depresyjnymi. Mokre dłonie i stopy, szczękościsk i powtarzające się sny o celi. Zawsze innej i zawsze na zakładzie zamkniętym.  Potrzebowałem psychiatry. I znów… całe reklamówki leków.  Pobudka i grzebanie w reklamówce z prochami. Wyszedłem z ZK uzależniony od masy leków psychotropowych a na wolności szybko okazało się, że nie mogę bez nich żyć. Powrót do pracy okazał się trudnym wyzwaniem. Na każdym kroku towarzyszył mi lęk; jak mnie potraktują? Podadzą rękę, czy będą odwracali się plecami?   Nie potraktowali źle, wręcz serdecznie, ale nie wierzyłem w to. Przesadne uśmiechy były zbyt wykrzywione… Nie wszystkie ale jednak…   Szybko zrozumiałem, że ja wyszedłem z więzienia, ale więzienie nie wyszło ze mnie.

Zaczęło się wieczorne popijanie. Od kilku piw nikomu nic się nie stało… Tak sobie tłumaczyłem.  Ewa albo patrzyła na mnie rozżalona, albo docinała mi ostro : Robisz dokładnie to samo, co przed wypadkiem !!! Obiecywałeś !!! Mam tu dziesiątki listów od Ciebie !!! Poczytaj je !!!  Wiedziałem, że ma rację ale to było silniejsze. Chciałem spokoju i snu a alkohol mi to dawał, tyle że ten sen był płytki, bezwartościowy. Rano unikałem lustra, bo nie mogłem patrzeć na tą opuchniętą twarz, zaczerwienione policzki i worki pod oczami.  Przy każdym kacu padało ” Więcej nie piję… nigdy więcej !!!”   Błędne koło.

Ewa powoli odsuwała się ode mnie. Wiedziałem, że ją tracę, ale nie byłem w stanie nic zrobić. Tłukłem się w klatce nałogu i choroby. Szarpałem kraty ale tylko raniłem ręce. Zawsze padałem w końcu bezsilnie przytulając butelczynę do ust.

Któregoś dnia nie wstałem do pracy. Byłem pijany. Mieszkanie było puste a na podłodze walały się moje rzeczy. Nie pamiętam jak dotarłem do domu. Spróbowałem wstać. Bolało mnie wszystko. Na nodze miałem ranę. Podobnie na rękach. Chciało mi się pić. Choćby kroplę piwa. Wszystko bym oddał. Szukam portfela. Jest… Sprawdzam nerwowo jego zawartość. Cały skupiam się wyłącznie na zdobyciu czegoś do wypicia. W międzyczasie wymiotuje. W portfelu są pieniądze i dokumenty. Wystarczy na dwa piwa i papierosy. Ogarniam się w łazience. Mam krople do oczu, które likwidują zaczerwienienie. Wylewam na siebie wodę kolońską. Czyszczę zabłocone spodnie i próbuję przypomnieć sobie jak się tu znalazłem. Co się działo ? Byłem w knajpie… była jakaś zadyma. Kurwa w co ja się znowu wpakowałem. Chyba ktoś mnie pobił. Może to ja pobiłem kogoś… Suszy mnie coraz bardziej. Mam kaca giganta. Idę do najbliższego sklepu. Wyprostowany, udaję trzeźwego. Wiem, że mi to wychodzi. W sklepie oby jak najszybciej. Dwa piwa to mało.. wystarczy jeszcze na ćwiarteczkę i papierosy. Jest dobrze. Trzęsę się. Poziom alkoholu niebezpiecznie spada, zaraz się rozpadnę na atomy. Nie dojdę do bloku… ale są garaże.. chowam się między nimi i łykam odrobinę piwa… mam torsje…. prawie zwróciłem ale nie mogę tak rzygać piwem!!! Skąd wezmę na kolejne… Powstrzymuję się… Wiem, że to za chwilę przejdzie. Aby tylko alkohol zaczął krążyć znów w żyłach. Czym się strułeś tym się lecz !!! Na zegarku jest już po 8.00 zaraz zaczną się telefony… Gdzie jesteś co robisz …. Wali mnie to… Mam ich w dupie… Ja cierpię… Dopijam piwo i ruszam w stronę mieszkania…. Jak ja tam wejdę? Modlę się żeby na parkingu nie było samochodu Ewy albo mojego ojca… ufff nie ma… Wspinam się na trzecie piętro i szybko ląduję w łóżku. Piwo stawiam na szafce obok a małą buteleczkę chowam pod pod poduszką… Może zasnę… sen zawsze pomaga… Po co ja piłem ? Boję się wytrzeźwieć…. Myśli wirują mi w głowie a serce wali jak szalone… pocę się…. trzeba wypić… Po łyku, powoli wlewam w siebie piwo i wódkę…. Nie chcę być pijany !!! Chcę tylko przetrwać ten dzień… Czas upływa na traceniu i odzyskiwaniu świadomości.. Przysypiam i  się budzę. Jest 14.00 Już za niedługo Ewa wróci z pracy. Zabije mnie… I skąd ja wezmę alkohol na noc ? Włączam myślenie alkoholika… Jest jeszcze karta kredytowa a na niej środki.. No tak !!! Jestem uratowany. Idę do sklepu. Po drodze pozbywam się “świadków” w postaci butelek i jakby co to ja tylko trochę…. Przecież nie może się dowiedzieć, że piję od rana. W dwadzieścia minut jestem znów w łóżku z nową “małpką” pod poduszką i piwem na szafce…. Czekam i boję się… Będzie awantura… Na pewno będzie… Ona mnie nie rozumie !!! Nie wie, jak ja cierpię… Szykuję linię obrony… Zgrzyt klucza w zamku niemal przyprawia mnie o zawał. Trzasnęła drzwiami i zajrzała do pokoju. Nie mówiła wiele… Spakowała kilka rzeczy i wyszła… Chyba widziałem łzy w jej oczach… Ja też płakałem… Czułem się bezradny jak dziecko pozostawione w lesie… Nie będę na to patrzeć Michał, ani ja ani Jula… Te słowa paliły się w głowie… Muszę się pozbierać. Nie przespałem niemal całej nocy a poranek przyniósł chaos w głowie i ogólną słabość. Znów nie dam rady iść do pracy. Leżę. Jestem brudny, śmierdzę, całe ciało klei się od potu. Biorę coś na uspokojenie. Rozglądam się po pustym domu. Wchodzę do pokoju Julii. Widzę jej rysunki, misie i laurki “Dla kochanego tatusia”. Zaciskam zęby a łzy mimo woli ciekną mi po twarzy. Nigdy więcej !!! Nigdy więcej !!! Nigdy !!! …….. Trzęsę się ale idę do wanny. Ogolę się… może coś zjem… zbieraj się człowieku ! Co ty robisz ! Wszystko zniszczysz !!!

Mija kilka dni. Ewa z Julą znów są w domu. Ewa jest nieufna, mało się odzywa a ja chodzę jak w zegarku. Próbuję to jakoś naprawić. Wciąż utykam na nogę… Boli mnie ręka, ale to nieważne. Dni mijają na pracy i rozmyślaniach co dalej będzie… Jest jesień 2011 roku. Kończy się mój czas na wolności ale z leczenia nic nie wynika. Wciąż zaburzenia depresyjne, myśli samobójcze, arytmia, zapalenia oskrzeli. Właściwie już nie przestaję kaszleć. Dostaję w sądzie kolejne 6 miesięcy przerwy w odbywaniu kary. Raz w miesiącu zaliczam trzydniówkę. Ewa ma mnie dość a Jula smutno patrzy na mnie. Wciąż mnie kocha. Wiem to… ja ją też… Tylko kim ja dla niej jestem ? Jaki ze mnie ojciec ?

Zima 2011/12 właściwie nie przestaję kaszleć. Nos całkiem zatkany…. Robię kolejne zdjęcie zatok i tym razem upieram się na wizytę u innego lekarza niż wcześniej. Z miejsca dostaję skierowanie do szpitala na zabieg operacyjny. Mają mi wyprostować przegrodę nosową a potem usunąć “prawdopodobnie polip”.  Nie pozwoliłem się uśpić do prostowania przegrody. Poszedłem do szpitala po kilkudniowym ciągu. Nawet ich leki uspokajające nie pozwoliły mi zasnąć. Pewna lekarka doradza mi. Niech pan to wszystko zostawi. Te prochy pana wykończą…. Zaciskam pięści. Wracam do pustego mieszkania, gdyż Ewa wyprowadziła się do rodziców po wcześniejszym ciągu i próbie samobójczej. Pojechała do mojej psychiatry i opowiedziała jak chciałem się truć. Lekarka odmówiła dalszego leczenia ambulatoryjnego. Odstawiam leki. Wszystko na raz. To koszmar. Drżałem jak w febrze. Miałem majaki. Papierosami przypalałem sobie skórę. Nie spałem. Pot lał się ze mnie strumieniami a z nosa wypływały skrzepy po zabiegu. Bez przerwy widziałem kraty w oknach. Wszystkie sny były zwidami z celi. Dwa tygodnie piekła na ziemi gorszego nawet od więzienia. Koiły mnie myśli o samobójstwie, o tym że zawsze mogę skorzystać z bramki numer “koniec”…. Powoli wszystko się stabilizowało. Po dwóch przespanych nocach odzyskałem siły. Byłem kilka kilogramów chudszy ale żyłem. Wezmę się za siebie. Poskładam to wszystko. Ewa i Jula to wszystko co mam. Bez nich nie chcę żyć. Muszę je odzyskać. Rozmawiamy. One wracają do mieszkania. Przychodzi wiosna i nowe wyzwanie.

Budujemy dom…. Moja firma ledwie dyszy, Ewa też nie zarabia kokosów ale mój teść wbił łopatę. Pomogę wam… Ok Jest maj 2012.  Sąd daje mi kolejne 6 miesięcy przerwy ze względu na planowany zabieg usunięcia “polipa”….  Ruszamy z budową…. Słońce pali niemiłosiernie, pracujemy sami. Ja, mój ojciec i wujek. Wszystko organizuje mój teść. Co robią robotnicy na budowie ? hmmm piją ?? Tak piją… Nie biorę już psychotropów ale piwo leje się wiadrami. O dziwo nie miewam kaców i pracuję na przemian w firmie i buduję dom do nocy. Jestem zmęczony… z dnia na dzień piję coraz więcej piwa, coraz częściej siadam w fotelu na budowie i odpoczywam. Spijam się, usypiam w altance… Ewa ma tego dość. Zakaz picia na budowie… No może z tydzień… Potem jedno, dwa dziennie… trzy, dziesięć i znów śpię w altance. Zaczyna dokuczać mi wątroba, czuję ucisk w boku… Mam biegunkę. Piwo już mi nie smakuje. Piję by “mieć siłę” i robić cokolwiek. Zmuszam się do wstawania z rana…

Przychodzi czas na zabieg usunięcia “polipa”. Tym razem w znieczuleniu ogólnym. Wycinają tego sporo kilkanaście centymetrów sześciennych. Na budowie jest przestój a ja goję rany i czekam na wyniki badań. Odbieram telefon ze szpitala – Proszę pilnie zgłosić się po wyniki, nie wszystko jest ok”. Jestem zaniepokojony… To nie był polip. To paskudztwo, które niszczy kości czaszki, rzadki przypadek. Mam nowotwór… Nie jest złośliwy ale kurwa wredny…. Tyle się dowiaduje. Wpadam w panikę… a może szukam pretekstu. Zaczynam kilkudniowe ostre picie. Ewa znów wyprowadza się do rodziców. Ja tonę we własnym smrodzie, lękach i alkoholu. Nie mam z kim porozmawiać. Czuję się porzucony. Ona rzuca mi, że już nie chce tej budowy, padają hasła o rozwodzie… Jest coraz gorzej a ja nie mogę się podnieść. Gdzie jest moje dno ? Gdzie jest kurwa moje pierdolone dno ? Płynę w tym gównie na oślep w dół. Chcę się odbić ale nie ma od czego. Wszędzie wokół klejąca się maź strachu, alkoholu, wymiotów, biegunki… Jestem w czarnej dupie sam. Mieszają mi się w głowie wszystkie zawalone sprawy. Wypadek, proces, więzienie, szpital, psychotropy, rosnące długi, rozbita rodzina, Jula… zagubiona gdzieś pomiędzy mną, Ewą i dziadkami…. Chcę umrzeć… coraz częściej i coraz bardziej…

Pomóż innym !! Udostępnij na:

No Comments

Post a Comment

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial